sobota, 31 lipca 2004

3.

Pierwsza życiowa lekcja bezsilności pomogła mi w dalszej egzystencji. Wszystkie te sytuacje gdy musiałem walić głową mur znosiłem nieco lżej, poza tym jak do tej chwili zawsze udawało mi się spadać na cztery łapy.
„Te sytuacje”. Najczęściej wydarzenia, w których pragniemy żeby jakaś osoba zrobiła coś tak jak my sobie tego życzymy a ona jakby na złość, na przekór, postępuje zupełnie odwrotnie. Owszem można by było użyć siły, zagrozić, zaszantażować – ale ja nigdy nie byłem zwolennikiem przemocy. Czasami nieśmiało próbowałem ale nie pomagało. Gdy ktoś się porządnie uprze jedynie uderzenie piorunem lub zamknięcie w akwarium wypełnionym kwasem może coś zmienić. Uczucie to musi być doskonale znane ofiarom obcinaczy głów powołujących się na Allaha.

piątek, 30 lipca 2004

2.

Wychowywano mnie na „grzecznego chłopca”. Do dziś siedzi mi to jak drzazga w dupie. Oczekiwania zawsze przerastają rzeczywistość. Jednak znalazłem pewien sposób na wybrnięcie z tej trudnej sytuacji, z tej lodowatej zaspy obyczajowego śniegu.
Stworzyłem własną definicję „grzeczności”, w innym przypadku prawdopodobnie bym oszalał.
Postąpiłem tak żeby pozbyć się wyrzutów sumienia, odetchnąć pełną piersią. Zachowałem się jak katolik – sam decydujący o tym co jest grzechem a co nie.
Moja „grzeczność” bardziej przypominała „uczciwość” - ale też nie do końca.
W końcu każdy nosi w sobie ciemną stronę.
Zabrzmiało poważnie. A jak na złość do głowy przychodzą całkiem niepoważne sprawy.
Gdyby moja ciotka, siostra mamy, dowiedziała się, że cokolwiek piszę, pewnie nigdy nie wpadłaby na to, że zacznę od niej, że będzie pierwszą wprowadzoną na kartkę za pośrednictwem liter postacią. Nic na to nie poradzę. Jej wagon ma drzwi otwarte najszerzej.
Kiedy byłem dzieciakiem miała zwyczaj siadać na mnie okrakiem i wypuszczać z ust ciągnącą się strużkę śliny. Wtedy właśnie nauczyłem się co oznacza prawdziwa bezsilność. Gdy kolos w jej wydaniu, ważyła chyba z dziewięćdziesiąt kilo, przyciskał moje ręce do podłogi grożąc paskudnym glutem pragnąłem uciec z własnego ciała. Ta sytuacja doprowadziła mnie do rozmyślań na temat: czy istnieje dusza, czy potrafi wydostać się z ciała, czy podróżuje podczas snu. Mimo wszystko lubiłem ją, pewnie lubię ją nadal mimo wielu przykrych zdarzeń, które dotknęły mnie za jej pośrednictwem.

1.

Przed jakąś chwilą uświadomiłem sobie, że czuję się tak, jakbym nie miał przeszłości. Wcześniej jakbym nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie wiedziałem nawet jak długo trwa ten stan. Zupełnie jak gdybym oślepł nie wiedząc kiedy i dlaczego. Zapomniałem kolorów i kształtów. Przestraszyłem się jak cholera. Więcej - ogarnęło mnie przerażenie.
Kim jestem bez wspomnień ? – pomyślałem. Ze strachu na siłę zacząłem gmerać w głowie biorąc coraz to większe łyki zimnego piwa i coraz to intensywniej wchłaniając dym z taniej cygaretki.
Postanowiłem coś napisać. Pisząc poszukiwać. Znaleźć to co umknęło. W ten sposób znalazłem się tutaj, przed monitorem komputera, z palcami na zębach klawiatury.
Nie zależy mi na: chronologii, systematyce, wartkiej akcji, ortografii, interpunkcji, gramatyce, pornografii, psychologicznej głębi występujących postaci. Jestem tak zdesperowany, że błagam swoją podświadomość o cokolwiek, o najmniejsze szczegóły tyczące się mego ja przedwczorajszego, mego ja z ubiegłego tygodnia, mego ja sprzed kilkunastu lat.
Pragnę porozmawiać ze sobą czwartkowym, ubiegłorocznym, przedpotopowym.
Chcę dowiedzieć się jak bardzo się od nich oddaliłem, czy wyszło mi to na dobre, czy jestem w stanie nawiązać z nimi choć końcówkę wspólnego języka.
Macham rękami żeby odgonić pustkę, która jest jak mgła, jak dym z ognisk, jak duszący gaz.
Nie trwa to długo, po chwili z zawrotną prędkością między oczy wjeżdża mi pociąg wspomnień. Czarna jednooka lokomotywa ciągnie za sobą z tysiąc wagonów. Znów się boję, trzeba cholernej odwagi żeby wsiąść, żeby przeszukać wagon po wagonie, przedział po przedziale. Bez biletu, bez broni, oko w oko z umięśnionymi gorylami, pragnącymi zabrać portfel i wyrzucić moje słabe ciało przez brudne okno prosto na nasyp zapomnienia. Gdyby nie moja desperacja wycofałbym się, owinięty w folię zapadł w letarg.

czwartek, 29 lipca 2004

Esc

W ogóle jakiś taki eskapizm mnie dopada ze wszystkich stron, mam zakręcone sny, oddalające mnie od rzeczywistości maksymalnie, są dziwne i gęste od wydarzeń, akcja jak w filmie sensacyjnym tylko, że dziwna - cholernie dziwna.
A we dnie uciekam raz na Cypr, raz na druga stronę, a raz zupełnie martwy jestem i już spokojny, nie przejmujący się niczym.
Czmychnęły gdzieś wszystkie moje pasje, do pracy nie mam po co iść, do domu po co wracać.
Zastanawiałem się wczoraj, mocno się zastanawiałem, czy jeśli TERAZ nie wyjadę gdzieś, nie ucieknę z tego kraju, to czy za dwadzieścia lat będę tego żałował.
I pewnie tak i pewnie cholernie.
Tchórz ze mnie - pieprzony cziken.
Ale tak oglądam się dookoła i nie widzę zadowolonych ludzi.
Zadowolonych nie widzę a co dopiero szczęśliwych.
Tacy się tu w ogóle nie zdarzają. Przynajmniej nie w moim otoczeniu.

wtorek, 27 lipca 2004

Huźdawka nastrojów

Co do tej „huźdafki nastrojów".
Jednego dnia euforia, hurra, hurra, postanawiam zmienić pracę, kraj, ulubiony proszek do prania lub wygrać w totolotka.
Następnego dnia kompletny marazm i brak wiary we wczorajsze możliwości.
Pocieszam się piwem a jak mówią to prosta droga do alkoholizmu.

Kino

Z tym blogowaniem to jest trochę strach.
Bo zawsze ktoś może sobie pomyśleć, że ja głupi jestem.
Jak Farenhajta zaczną grać to idę. Lubię propagandę.
Dzieci same zostaną - najbardziej obawiam się podpaleń.
Nad morzem byłem na trzeciej części Pottera.
Psychodrama he he he.

Gniazdo os

Z nowości.
W pobliżu budynku, w którym pracuję musi być gniazdo os.
Wpadają mi przez okno z wielką częstotliwością powodując panikę i śmiechy.
Z zasady nie zabijam, teraz ją łamię.
Nie cierpię os od czasu gdy jedna z nich ukryła się w suszącej się na balkonie mojej skarpetce.

Dupa rozgwiazda

Właściwie to już wczorajszego popołudnia chciałem zacząć.
Ale nie wiedziałem co napisać.
Do głowy przychodziły mi tylko następujące słowa: dupa rozgwiazda dupa rozgwiazda.
I to nawet nie dupa rozgwiazdy tylko dupa rozgwiazda.
Z czymś takim jakoś mi nie pasowało zaczynać.
W nocy przyśnił mi się sen, który byłby świetnym tematem na powieść.
Wybuchła wojna a ja zacząłem ukrywać się po sąsiadkach.
Co było dalej nie powiem.

Bałtyk

Tym razem wybrzeże Bałtyku i wszystko co się na nim działo sprawiło na mnie raczej odpychające wrażenie.
Wrażenie zupełnie przeciwne do tego jakie miał pewien 65-letni pan, przyjaciel mojego znajomego, który pierwszy raz zobaczył morze „na żywo".
Usiadł na piasku wgapiony w ruchome wody Bałtyku, nie ruszając się stamtąd przez bite trzy godziny, kompletnie zauroczony.
Ja natomiast od pierwszej chwili marzyłem o tym żeby stamtąd uciec.
Najbardziej drażnili mnie wszyscy ci właściciele pensjonatów, smażalni ryb, straganów i budek.
Przypominali sępy wydziobujące oczy i wątrobę wijącej się z bólu antylopie.
W trakcie pobytu nad Bałtykiem otrzymałem przykrą wiadomość na temat zdrowia Jatzentego - jeśli to czytasz Jatzenty to wiedz, że życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia.
Ostatnio mam ogromną huśtawkę ( jak mawia moja sąsiadka - „huźdafkę") nastrojów.
Dlatego znów zaczynam blogować.
Czynię to też z powodu nudy, która ostatnio okropnie mi doskwiera.
Taka terapia - rozumita.
Zawsze tak się usprawiedliwiam.
I nigdy nie wiem po co. Czyżby zdawało mi się, że ponoszę jakąś odpowiedzialność za moje słowa ?
A propos „Taka".
Obejrzałem wczoraj „Ostatniego samuraja".
Hollywoodzka chała do potęgi.