wtorek, 31 sierpnia 2004

117.

Odżywam.
Wciągam powietrze i czuję wrzesień.

piątek, 27 sierpnia 2004

116.

Może to tam u Was deszcz pada bo u mnie ładna pogoda.
Za to z nosa mi się leje.

P.S.

I przestańcie mnie namawiać do gry w warcaby !
Nienawidzę hazardu !

115.

W przychodni lekarskiej zastałem niezwykle długą kolejkę składającą się z emerytów.
Usiadłem na krzesełku cierpliwie oczekując na przybycie lekarza ( który spóźnił się pół godziny ) i dowiedziałem się, że:
-Suchocka zabrała szkodliwe
-Kwaśniewski, Miller i Kulczyk ukradli z Orlenu trzysta milionów
-Rywin taki bogaty i po co mu to było
-nie warto płacić abonamentu telewizji państwowej bo nie puszczają meczy
-w 1938 całą broń Polacy dali Czechom do naprawy a te tchórze nie oddały jej kiedy napadł na nas Hitler
-polscy miliarderzy to złodzieje bo niemożliwe żeby się tak dorobić w jednym pokoleniu
-umarł Henio
-Miedzianka z sezonu na sezon gra coraz gorzej
-oni tu tylko po recepty
-jednej kobiecie lekarz w czasie operacji połączył żyły na odwrót
- hutę niedługo zamkną
-ziemia i tak wszystko wyciągnie.

czwartek, 26 sierpnia 2004

110, 111

Konował będzie dopiero o 13.30.
Niestety do tej pory wypada siedzieć w pracy.
Czuję się kiepsko.


Siedzę w domu a jakiś facet wierci coś nad moją głową.

Mam zapalenie gardła.
Konował uzbroił mnie w receptę na ANTY - BIOTYK i druk L- 4.
Siedzę w domu do poniedziałku.
Na razie jestem szczęśliwy.

106, 107

Kiepsko się dziś czuję od rana, suchy kaszel mam, pierdolca mam - usiedzieć nie mogę, pewnie jeszcze do Wrocławia będę musiał wyjechać na domiar złego.
Połowa życia w optymistycznej wersji już za mną - tak właśnie powiedziałem dziś rano w kuchni podnosząc do ust kubek wypełniony gorącą kawą.
Ostatni tydzień wakacji abnegacji.
Nadejdzie jesień i skończą się letnie damskie stroje będące pożywką dla masturbacji.

Sprawdziły się moje przewidywania. Coś mnie dopadło.
Jestem zły.
Po pastylce do ssania i syropie fajka i kawa smakują ohydnie.
Zapiłem je więc Fervexem.
Jak mi nie przejdzie do jutra idę do konowała. Nie ukrywam, że liczę na L-4.

środa, 25 sierpnia 2004

104.

„Billy Pilgrim wypadł z czasu.
Zasnął jako podstarzały wdowiec , a obudził się w dniu swego ślubu. Wszedł w drzwi w roku 1955, a wyszedł innymi drzwiami w roku 1941. Wrócił przez te same drzwi, aby znaleźć się w roku 1963. Powiada, że wielokrotnie widział swoje narodziny i śmierć i że przenosi się w zupełnie przypadkowej kolejności do różnych momentów dzielących te dwa wydarzenia.
Tak mówi.
Billy nie panuje nad czasem, nie ma żadnego wpływu na to , dokąd się przenosi, i te odwiedziny nie zawsze są zabawne. Mówi, że dręczy go nieustannie trema, gdyż nigdy nie wie, jaki fragment swojego życia będzie musiał za chwilę odegrać.”

„Rzeźnia numer pięć” Kurt Vonnegut Jr. PIW 1990 str.23



Nie chciałbym być posądzonym o zrzynanie z wielkiego Kurta ale często mam wrażenie, że ja także wypadłem z czasu. Może to wpływ codziennej ośmiogodzinnej pracy biurowej. Bywają okresy, w których nic się nie dzieje, siedzę wtedy bezczynnie wpadając w szczególny rodzaj otępienia. Przenoszę się w myślach – czasami staje się to nadzwyczaj realistyczne – do różnych przeżytych przeze mnie chwil.
Zresztą pewnie nie jestem żadnym wyjątkiem. Chyba każdemu zdarza się coś podobnego.

wtorek, 24 sierpnia 2004

103.

Większość ludzi w Firmie uważa, że jeżeli nic nie mówię i się nie uśmiecham to znaczy, że ich nienawidzę.
Prawda jest taka, że są mi obojętni, a sama ich głęboka chęć potwierdzenia u mnie, że tak naprawdę to zdaje im się tylko, że ja ich nienawidzę bo nic nie mówię i się nie uśmiecham - ogromnie mnie śmieszy. Mają ze mną problem bo nie jestem typem, który wybucha co pięć sekund gwałtownym atakiem histerycznego śmiechu. Nie wylewam łez i nie charczę sprawiając wrażenie ofiary pozbawionej tlenu.
Mój rzadko pojawiający się uśmiech, w dodatku bardzo skromny - jest natomiast traktowany całkowicie na opak - jako uśmiech szyderczy, potwierdzający jedynie moją rzekomą nienawiść do nich.
Chyba jestem introwertykiem. Czy jakoś tak.

101.

Często siadujemy z żoną - dla ułatwienia będę ją nazywał żoną albo Fiolką - i narzekamy na ten kraj, na rząd, na Sejm, na wojny, na bezrobocie i inne rzeczy, które właściwie zupełnie nas nie dotyczą.
Najczęściej takie rozmowy zdarzają się gdy włączone jest radio. Radio prowokuje wyszczekując głosem nadpobudliwych spikerów informacje mające wywołać u nas odbiorców określone emocje, żebyśmy później dzwonili bądź wysyłali esemesy na tak lub na nie, brali udział w konkursach, bezsensownych dyskusjach, które do niczego nie prowadzą, żeby radio mogło pochwalić się swoją słuchalnością, a przy okazji zarobić na nas dodatkowe pieniądze, które później znów są wykorzystywane jako przynęta w różnych konkursach, ankietach esemesowych i tym podobnych zabawach.
Dlatego nienawidzę radia i kiedy mogę, gdziekolwiek się znajdę staram się wyłączać odbiorniki, czasami budzi to ogromny sprzeciw ich właścicieli, „bo akurat mówili o czymś nadzwyczaj, cholernie interesującym", bo zaraz ma być podana „bardzo ważna informacja na temat...", „bo leci" - mimo że leci już pięćdziesiąty raz - „superprzebój, który jest bardzo modny i świetnie by się przy nim tańczyło".
Często odpuszczam i rezygnuję z towarzystwa radiosłuchaczy, wsiadam do samochodu i jeżdżę sobie po mieście w rytmie pracującego silnika.
Dziwak ze mnie.

100. ( No i dociągnąłem do setki )

No i dociągnąłem do setki.
Wczoraj odezwał się do mnie jeden z sąsiadów, który nigdy wcześniej nic do mnie nie mówił. Wszystko za sprawą popsutego domofonu. Dzięki popsutemu domofonowi miałem okazję usłyszeć głos sąsiada, który jeszcze nigdy się do mnie nie odezwał.
Domofon jest cyfrowy, zawierają się w nim przyciski z cyferkami. Każdy mieszkaniec budynku ma swój specjalny kod, który musi zapamiętać lub zapisać na kartce papieru i schować ją w bezpiecznym miejscu.
Zastanawiam się po co, skoro wszystkie dzieci z podwórka znają wszystkie kody mieszkańców - wystarczy zaczepić jednego z biegających obok ślizgawki, wrzeszczących niemiłosiernie gówniarzy - hej ! mały ! jaki jest kod do tych z pod dziesiątki ? - i gówniarz wypluwa z siebie kombinację cyfr jak jakiś lottomat.
Kombinacja ta nie jest bynajmniej przypadkowa czy losowa - zawsze się zgadza.
Ale teraz jak już mówiłem domofon na cyferki nie działa i trzeba mieć ze sobą zwykły tradycyjny klucz żeby otworzyć wejściowe drzwi. Ludzie jednak są leniwi i kluczy nie noszą. Klucze są dla nich za ciężkie, czasami klucz ma tylko jedna osoba w rodzinie - przez oszczędność, dorobienie kosztuje cztery złote i pięćdziesiąt groszy, innym razem po prostu zapominają go wziąć ze sobą.
W jednej z tych sytuacji znalazł się wczoraj sąsiad, który nigdy wcześniej nie odezwał się do mnie ani słowem. Gdy wychodziłem z mieszkania kierując się w stronę schodów on już stał na dole tępo wpatrując się w klawisze popsutego domofonu i licząc, może nawet modląc się o to, żeby ktoś wychodził z budynku i otworzył mu drzwi. Nie wpadł na pomysł żeby zawołać żonę aby ta wychyliła się i rzuciła mu klucz, a może wpadł ale nie chciał krzyczeć lub bał się, że jego żona wychylając się przez okno wypadnie razem z kluczem i rozbije sobie czaszkę o asfalt.
Zobaczyłem go zaraz po otwarciu drzwi, wyglądał na ucieszonego. Pierwszy raz w życiu odezwał się do mnie mówiąc:
-Zepsuty domofon.

99.

Od momentu moich urodzin nie wydarzyło się nic co w równym stopniu potrafiłoby mnie zaskoczyć.

Mam ochotę uciec z tego biura, gdziekolwiek, do lasu, na hałdę, do knajpy
w której wódka podawana jest w ćwiartkach,
do hotelu, w którym pościel jest mieszkaniem dla pluskiew, na pustynię,
wszystko jedno byle dalej stąd.

98.

Wczoraj zadzwonił kumpel, że siostra mu ukradła pasek narzędzi w łordzie i on nie wie co teraz zrobić.
Wczoraj stwierdziłem, że dziadzieję już kompletnie i przekwitam.
Że mam kryzys wieku średniego cokolwiek to oznacza.
Że wszyscy się mnie czepiają i wymagają żebym postępował po ich myśli.
Że jestem dupkiem i nieudacznikiem.
Że jak ktoś czytałby w moich myślach - zdechłby z nudów.
Że jakoś dziwnie kłuje mnie serce - pewnie od dymu.
Że dziwne, że nie tyję mimo tylu piw.
Że nie pasuję.
Że się skończyłem.
Że koncerny farmaceutyczne wcale nie mają w interesie wynajdowania lekarstw na najpoważniejsze choroby.
Że sąsiadka z dołu jest pokręcona na maxa.
Że chuj.
Że niedługo dostanę ataku szału w pracy i rozwalę siekierą sprzęt biurowy.
Że nie mam przyjaciół - pewnie dlatego, że jestem dupkiem o czym już wspominałem.
Że się żalę i biadolę.
Że Elvis has just left the building.
Że stare chuje nie powinny śpiewać piosenek dla młodzieży.
Że stare chuje w ogóle nie powinny śpiewać.
Że czasami jest wesoło.

96, 97

Ciekawe jak to jest, że jak ja jakąś stronę internetową przesuwam w dół a ktoś tam na przykład w Cigacicach przesuwa ją w górę, to ciekawe jak to jest , że my sobie nawzajem nie przeszkadzamy, albo jej na przykład nie rozerwiemy.
Za nic nie mogę tego pojąć.

W biurze wysłuchuję jakichś relacji a jak to ludzie spędzali weekend, co widzieli, co jedli, co przeżyli a ja mam to naprawdę głęboko w dupie.

Oglądam "Donnie Brasco" a w przerwach na reklamę czytam "Rzeźnię nr 5".
Czy to nie chore ?

poniedziałek, 23 sierpnia 2004

93, 94, 95

Rozpierdala mnie realizm dzisiejszego poranka.


A wsadzam tutaj wszystko postanowiłem, że będę miał wszystko w jednym miejscu, moje myśli i głupoty, takie własne miejsce w świecie.



O co kurwa tyle Krzyku ?!

87, 89, 90, 91.

Obudziłem się dziś wyjątkowo wcześnie. Poszedłem do kuchni i spojrzałem w popielniczkę pełną niedopałków przypominających wyschnięte odwłoki martwych owadów. Nie udało mi się wyczytać z nich przyszłości więc nastawiłem wodę na kawę. Pomyślałem, że może fusy będą lepsze. Wpadające przez brudną szybę promienie słońca przypomniały mi dzieciństwo, siedzące we mnie głęboko, pokryte szczelnie latami dorosłości. Przeszłość i przyszłość skrzyżowały się na obdartym ze złudzeń krześle, na którym usadowiłem mój teraźniejszy tyłek.


Cały dzień leżę na polu bitwy marnotrawiąc czas. Podem mną armia roztoczy walczy o każdy strzęp obumarłego naskórka.

Wczoraj obejrzałem na Europa Europa czechosłowacki film s-f z 1977 roku pod tytułem "Jutro wstanę i oparzę się herbatą".
Czeskie filmy są the best !
Kdy vretel jsem k dů´mu zahaknel jsem nohou o vyčnívajici kámen a padl jsem na země.
Všicnni nápady vyklopily se s hlavy, nejjemnejši potlučely se, a ti větše jak kovově viky od zásobnřkov valelí se daleko delaní strašný rámus.
Blizko mně, zůstal teprve jeden nápad.
Hlidal jsem jemu.
Byl starý, pravděpodobně dost dlouho bydlil na dne. Nesnadno bylo jeho ropoznat.
Starý a zkažený. Politoval jsem, nakonec to byl můj vlastní nápad. Zvedal jsem jeho jemně s země, zlehka kartačel jeho s prachu i umistil v hlave. Tentokrát položil se vhodně, mal hodně mista, pocil jsem jak stastný on je. Staval se větši. Obaval jsem teprve o jedno.
Aby nápad ne vyměnil se v nemocný ideál.

Wyszedłem na zewnątrz, łzawiły mi oczy a ja sam poruszałem się jak w przezroczystej smole. Odwiedziłem tych, którzy mnie stworzyli i stwierdziłem, że nie ma z nimi o czym gadać. Różnica pokoleń. W ogrodzie zabiłem dwie napastliwe osy i zjadłem brzoskwinię z drzewa.
Na pobliskim boisku odbywał się mecz piłkarski, poznałem po okrzykach:
"podaj kurwa !"
i „kiwaj chuja !”.
Nie mógłbym mieszkać na wsi. Za mało roboty.
Teraz jestem u siebie. Piję piwo i myślę o Szmajdzińskim.
Miły gość. Poleciał współczuć nieżywym żołnierzom.

niedziela, 22 sierpnia 2004

81, 83, 84

W nocy śnił mi się Dziadek i jego suczka Nora. Oboje odeszli z tego świata wiosną zeszłego roku. To była jedna z największych miłości między psem a człowiekiem jakie dane mi było poznać. Dziadek we śnie przekazał mi jasnozielonego Mercedesa, jednego z tych jakimi jeździł Hitler.
-Mi się on i tak już nie przyda. Wolę spacery z psem. – powiedział.

Wiem, że to głupie ale ustawiłem internetowe radio na stację Madonna i podryguję w rytmie „I’m Breathless”. Łykam przy tym miarowymi łykami piwo – które staje się ostatnio nieodłącznym atrybutem mym.
A co ? Temida może mieć wagę i opaskę na oczach, Neptun trójząb, Gienek wybity ząb, Sylvia Saint silikon a ja nie mogę piwa ?
Ponieważ nie wiem za bardzo co i jak wystukać żeby zabłysnąć ( o co niezmiernie trudno w dzisiejszym postmodernistycznym świecie, w świecie w którym wszystko już było i nic nie szokuje, w którym zwłoki na szpitalnych łóżkach towarzyszą schabowemu z kapustą ) postanowiłem sobie ot tak głupkowato improwizować czyli pisać co mi ślina ( ????) na palce przyniesie.

I chuj. Zatkały mi się szakramy czy jak to się zwie.


sobota, 21 sierpnia 2004

78. ( Blade Runner ), 79, 80

Jestem fanem bloga prowadzonego przez Androida.
Facet ma świetnie poukładane pod kopułą.
Poza tym zanłem kiedyś jednego androida, był informatykiem w Zakładzie, nie potrafił skręcać szyją tylko musiał się tak jakoś cały przechylać żeby zobaczyć co się dzieje z boku.
Ale świetny gość był z niego.
W ogóle to sądzę, że każdy informatyk ma w sobie coś z androida czy cyborga.

Jak przesuwam myszą to mi szumi w głośniku. Co to może być ?

Ale nie o tym chciałem.
Podziwiam facetów jak np. zyciepodziemnemezczyzny czy zdrada czy innych takich, za pamięc do szczegółów, jak to możliwe tak zapamiętać każdy drobiazg mając w dorobku tyle zaliczonych kobiet.
Ja miałem jedynie kilka i za cholerę nic nie pamiętam.


Z papierowego dziennika

Znów czytam "Zwrotnik Raka".
Po raz setny.
Może lepiej gdybym wziął się za Biblię.
Dym z cygara przysłania słowa, które zaczynają drżeć jak powietrze nad rozgrzanym asfaltem. Wlewam w siebie chłód alkoholu znieczulając siłę wyrazu. Modlę się żeby nie trafił mnie szlag - nie, jeszcze nie teraz. Wyzywam na pojedynek wszystkie nowotwory, wirusy i bakterie jednocześnie trzęsąc się ze strachu.
Fiolka opowiada mi o aktorce, która po lekach hormonalnych przytyła tak, że teraz waży 127 kilogramów. Kolejna historia z kolorowej kobiecej prasy.
"Fat blond actress'.
Akcja - reakcja.
Ładuję w siebie czekając na efekt. Eksperyment na żywym organiźmie. Plastikowy ustnik kojarzy się mile z brodawką, przez którą sączy się ciepłe mleko przynosząc ukojenie.
Embrion czekający na narodziny.
Ja czekający na śmierć.
Czy mnie zaskoczy ?
Czy może przyśle najpierw bilecik zapowiadający ostatni raut ?

76. ( powiedzonka )

Uwielbiam ludzi, którzy mają swoje charakterystyczne powiedzonko, po którym można ich rozpoznać nawet przez telefon. Na przykład, u mnie w Firmie pracował kiedyś taki kierowca co ciągle powtarzał: „niech mnie dundel świśnie”. Albo James Bond z tym swoim wstrząśniętym nie mieszanym, czy Harry Callahan z zastanawiasz się pewnie....
Przyznam skromnie, że też mam takie swoje charakterystyczne powiedzonko.
Kurwa mać.

Przypomniałem sobie. Zazdroszczę jeszcze Maleńczukowi. I Edycie Górniak.

75. ( Zazdrość )

Chyba najczęściej odczuwanym przez mnie uczuciem jest zazdrość czasami zmieniająca się w zawiść. Zazdroszczę wszystkim wszystkiego. Zazdroszczę, że ktoś wygrał w totolotka, że ktoś ma nowe bmw, że ktoś jest profesorem, że ktoś jest kobietą, dzieckiem, psem, jaszczurką, kotem, Batmanem, schizofrenikiem, aktorem, że ma basen, kaczkę, wc, łyżworolki, garaż na pilota, stringi, umie grać na gitarze, puzonie, czyta biegle w kilku językach, ma długiego, ma niebieskie oczy, ma dziecko pięciomiesięczne, jest kawalerem, jast dresiarzem, policjantem, hydraulikiem, tirówką, tirem, ma znajomości, dają mu na kredyt w spożywczym, siedzi za miliardy, wychodzi za kaucją, ma czarny kolor skóry, jest Żydem, gejem, pianista, alkoholikiem, narkomanem, dzieckiem we mgle, dzieckiem z Dworca Zoo, Ziggy Stardustem, Lou Reed’em, Michałem Wiśniewskim, jego ochroniarzem, jego żoną, jego spodniami, kałużą, aligatorem, gumową piłeczką, wynalazcą, debilem, wariatem, geniuszem, umie rysować, umie pisać, rapować, haftować, za kołnierz nie wylewa, ma krawat od Diora.

Dokończę jak sobie jeszcze coś przypomnę.

74. ( Siła Magnum ) czyli z życia wzięte

Łyknąłem zimnego Staropramena i od razu zaczęło mi się jaśniej ( po czesku – svetlej ) myśleć. Albo ktoś doniósł Szefowi albo sam się domyślił, że ze mnie kawał detektywa. Rutkowski się chowa i sra po krzakach.
Zawołał mnie przedwczoraj – jakoś tak chyba, pierdolą mi się te dni takie same – na dywanik i powiada tym swoim spokojnym, opanowanym, nudnym,

r o z c i ą g n i ę t y m

j a k

a k o r d e o n


( człowiek gdy to słyszy modli się żeby nie zapomnieć o co chodziło gdy już zbliża się koniec przemowy ) głosem.
-Zauważyłem, że okropnie się nudzisz ostatnio, ziewasz, ołówkiem w uchu dłubiesz – tu akurat nie miał racji, to nie było ucho tylko nos i nie ołówek tylko palec – a ja mam dla ciebie świetną policyjną robotę. Z pewnych źródeł ( kurwa niech tylko dorwę te źródełka, jestem pewien, że są rodzaju żeńskiego ) wiem, że jesteś fanem serii z Brudnym Harrym ( to się zgadza ) więc znasz się na tej robocie.
-Tylko teoretycznie. - bąknąłem
-To i tak dużo. Praktykiem też jesteś, znasz Zakład jak nikt inny, wszystkie zakamarki, dachy i kominy nie mówiąc o krzesłach – przecież pracowałeś trzy lata w Straży Przemysłowej .
-Ale to było 10 lat temu. – szepnąłem skromnie.
-To nic, oboje dobrze wiemy, że od tamtej pory nic się nie zmieniło, nic nowego nie wybudowali, nic nie przebudowali, szkoda im forsy na inwestycje, ciągle obniżają koszty.
-No i zadanie jest takie – ciągnął dalej – w naszym magazynie wciąż wzrasta zapas magazynowy. Kupują, kupują, kupują i nie wybierają. Półki uginają się od towaru. Kompletne marnotrawstwo ( marnowanie trawy ? hey rip this joint ! ). W styczniu było na magazynie 200 000 zlotych zapasu teraz jest 400 000. Musisz to wybadać, wymacać i napisać raport.
W tym miejscu otworzył wielką szafę pełną segregatorów.
Ja pierdolę.
-Na początek zapoznaj się z dokumentacją.
Ja pierdolę.
No i zapoznaję się. Jak się zapoznam czeka mnie jeszcze przyjemniejsza część tej „policyjnej” roboty. Pełen galop po Zakładzie, od ślumka do ślumka, od mistrza do brygadzisty, od brygadzisty do magazyniera, od magazyniera do kierownika zaopatrzenia i z powrotem, i każdy będzie uchylał się od odpowiedzi, zwalał na innych, plątał w zeznaniach...
Ja pierdolę.

71, 72

Mam tu w pracy takiego swojego Spivaka, chyba każdy ma takiego swojego Spivaka, którego nienawidzi i najchętniej by mu list gównem wysmarowany wysłał - no, więc przychodzi ten Spivak do mnie i pyta ( jak codzień ) czy mam dziś wolne miejsce.
Chodzi mu o samochód bo pierdolony woli godzinę na mnie czekać ( kończy o 14 ja o 15.15 ) niż stracić dwa złote i jechać autobusem.
No to ja mu ta to ( tak się składa, że dziś jestem bez samochodu ) ,że mam owszem, na plecach.
No i chuj - poszedł sobie.
Pierdolony Spivak.

Rozładowuję się bo właśnie jestem na głodzie nikotynowym, kurwa mać.
W dodatku coś bym przekąsił.

Próbowałem połączyć telefon i komputer ale gówno z tego wyszło. Niekompatybilne pierdolce.

piątek, 20 sierpnia 2004

69. ( urodziny )

Zastanawiam się co będę robił przez weekend i wychodzi mi, że będę się zastanawiał co będę robił przez weekend.

66-jeszcze sześćset i będzie Szatan

Ja to już chyba skazany jestem na to siedzenie i trzepanie w klawisze, mówią że zawsze to lepsze od trzepania gruchy, przynajmniej troszeczkę bardziej „intelektualne”. No i satysfakcja podobna, choć czy ja wiem, musiałbym się zastanowić.
Ale, że dziś duchota niemiłosierna – wybieram trzepanie w klawisze.
Na jakimś portalu psychologicznym przeczytałem ostatnio, że muszę dojść do tego czego ja tak naprawdę chcę, jakie mam ukryte pragnienia, czego mi się tak naprawdę chce. A żeby do tego dojść muszę się skoncentrować, otrząsnąć wszystkie przylegające do mnie jak gówno do wewnętrznej strony okrężnicy sprawy, zrobić sobie taką psychiczną hydrokolonoterapię i wtedy dopiero będę mógł wyartykułować całą esensję swojego jestestwa.
No i zrobiłem tak jak napisali – odrzuciłem wszystko co wiąże mnie ze światem zewnętrznym, wszystkie układy, linki, więzadła, zależności – i wiecie co zostało ?
Jak mówią jankesi: the same shit like before.
Czyli totalna pustka, okazało się najzwyczajniej w świecie, że nie ma we mnie nic ale to kompletnie nic, żadnej esensji, żadnego kosmosu, boga czy też jeszcze innej figury filozoficzno - metapsychicznej.
Niezłe jaja, pomyślałem.
A ja się miałem za nie wiadomo kogo. Myślałem, że tak naprawdę to jestem KIMŚ tylko ZEWNĄTRZ mnie ogranicza.
Ale to nic. Nie załamałem się mimo lekkiego przygnębienia.
Z nudów zacząłem dziś czytać blogi – w nadziei, że natrafię na równie beznadziejny przypadek jakim jestem ja sam. Ale nie. Ludzie piszą szczerze, czuć że mają w sobie to jądro, tę esensję, której mnie tak brakuje.
Czasami tonem odkrywców- przyznaję, że bywa to drażniące - głoszą oczywiste prawdy, a że kobiety to dziwki, a że lepiej być najedzonym niż głodnym, a że jak cię żona nie zaspokaja to poszukaj sobie kochanki, a że można kochać będąc gejem, a że zabijanie jest be i tak dalej. Ale zawsze są szczerzy.
Zazdroszczę.

środa, 18 sierpnia 2004

65.

Jedną z największych męczarni dla mnie jest czytanie własnych zapisków. Gdybym był kimś dla siebie obcym nigdy nie odwiedziłbym tego bloga.

W telefonie komórkowym zapisałem numer do budki z automatem Dialogu. Czasami dzwonię, długo i upierdliwie.
Jeszcze nikt nie odebrał.
Boją się ?
Nikogo nie ma ?

64.

Z papierowego dziennika.
"Byłem dziś w kiosku w Kauflandzie.
Boże ! Co za okropny babsztyl stanął w kolejce przede mną. Koło trzydziestki, wypacykowana, okulary, blond włosy, paznokietki wymalowane, i twarz wykrzywiona złośliwym grymasem.Złe fluidy biły od niej na kilometr. Aż kurwa chłodno mi się zrobiło.
I ten jej ton - pełen wyższości wobec otoczenia - ton jakim na starych filmach mówi sie do służby - znany z dowcipów o lokaju Janie.
Rzuciła do ekspedientki:
-LD z tych słabszych.
-Nie ma, proszę pani.
Chwila ciszy.
-No to będziemy tak stały i patrzyły się na siebie czy w końcu poleci mi pani jakieś inne papierosy ? W końcu to pani zasrany obowiązek - pani tu pracuje !
Zamarłem. Sprzedająca dziewczyna nerwowo zaczęła rozglądac się po półce z papierochami.
Co za pierdolony, chamski, nieokrzesany babsztyl. Przypalałbym sukę gorącym żelazem a im głośniejszy byłby jej wrzask tym większa byłaby moja satysfakcja.
Wtrąciłem się.
-Może ta pani nie pali ? Nie musi się orientować o jakie papierosy pani chodzi. Ja palę i nie mam pojęcia czego pani chce.
Obróciła powoli głowę w moją stronę na podobieństwo słonia, któremu na grzbiecie usiadła mucha.
-A pana kto pytał o zdanie ? - Tu słyszę
jak stojący za mną facet tłumi w sobie spazm śmiechu - Ja CHYBA z tą panią rozmawiam a nie z panem !
Masz ci los. Wyszedłem na chama jakiegoś co czyjeś rozmowy prywatne podsłuchuje.
Burknąłem tylko:
-To jest po prostu śmieszne.
-MOŻE dla pana ! - chwyciła podsunięte jej przez sprzedawczynię pierwsze z brzegu papierosy i wyszła - z podniesioną do góry dumnie głową i miną pełną obrazy na cały świat.
Jebana suka. Teraz wiem skąd bierze się nienawiść. Zastrzeliłbym ją z uśmiechem na twarzy.
"

wtorek, 17 sierpnia 2004

61.

Papież poddał się mediacji
aktor porno kopulacji
biedny pacjent operacji
a samochód rejestracji
psychik swej imaginacji
pomysł posła legislacji
znany prezes malwersacji
ten zabytek restauracji
komuch stary demokracji
Pan Hilary dywagacji
zły pedofil obserwacji
wieprz mechanicznej kastracji
naród nasz manipulacji
piękny cmentarz dewastacji
Matrix film - reaktywacji
stolik w knajpie rezerwacji
cud wibrator penetracji
Henio Miller waginacji
muzyk na temat wariacji
lud z widłami demonstracji
mięsień serca palpitacji
żołnierz - wstyd ! - kapitulacji
teren hut rekultywacji
a turysta rekreacji
sos sojowy granulacji
mały fiutek masturbacji
cienki dyplom laminacji
maż na żonie - prokreacji
ich stosunek komplikacji
Szef grabarzy zwłok kremacji
Guru fakir medytacji
A ja wiem, że nie mam racji
bo nie zjadłem dziś kolacji

58.

Wątpliwości są jak ości
Stając w gardle
Powodują psychiczne duszności


Z braku laku a właściwie z braku tego, że nic nie przychodzi mi do głowy zamieszczam fragmenty mojego „odręcznego” zeszytowego dziennika.

„Żyję w epoce telefonów komórkowych, Internetu, plastikowych worków na śmieci, hipermarketów, samochodów napędzanych spalinowymi silnikami, nierealnych wojen toczących się na ekranie telewizora, gwałtownie rosnącego bezrobocia, wielkich korporacji, niszczycielskich tajfunów, anomalii pogodowych...można wymieniać bez końca.
Zastanawiam się jak to jest, że dzienniki czy fotografie zyskują na wartości dopiero z upływem czasu.

Teraz napiszę cos o śnie, który przydarzył mi się ostatniej nocy. Wiem, że podobno nie ma na świecie nic nudniejszego od wysłuchiwania czyichś snów – ale kto nie chce przecież nie musi.
Śniło mi się, że byłem członkiem gangu, rzecz się działa w Nowym Yorku ( nie mam pojęcia skąd wiedziałem, że to Nowy York – w snach po prostu wie się takie rzeczy ).
Uprowadziliśmy pewnego Murzyna, trzymaliśmy go przywiązanego do krzesła we wcześniej wynajętym mieszkaniu pewnej podejrzanej kamienicy. Mieszkanie znajdowało się na parterze i pewnie dlatego musieliśmy go tak solidnie strzec, knebel, więzy, worek na głowie.
Z upływem czasu zaczęły gnębić mnie wyrzuty sumienia – nawet we śnie jestem mięczakiem – po co ja to robię, czemu trzymam z gangiem, czemu nie wezmę się za kakąś uczciwą pracę, co tak właściwie zrobił mi ten niewinny człowiek.
W końcu nie wytrzymałem. Wymknąłem się w nocy przez okno z zamiarem poinformowania policji o całej sprawie. Zacząłem kręcić się po ulicy w poszukiwaniu tabliczki z adresem, ale nic, jak na złość nie było ani jednej – wszędzie tylko surowe, nagie, ceglane ściany.
Po godzinie czy dwóch kiedy poczułem, że cała ta sytuacja zaczyna robić się beznadziejna, natknąłem się na spacerującego ulicą starszego jegomościa. Okazało się, że mieszka w tym rejonie od urodzenia, zna wszystkie, nawet najmniejsze zakamarki. Podał mi właściwy adres a ja przez telefon komórkowy zadzwoniłem na policję.
Pojawili się niemal natychmiast. Około pięćdziesięciu radiowozów z niebieskimi napisami „NYPD” całkowicie zablokowało całą ulicę. Nie czekałem na rozwiązanie. Uścisnąłem starego i ulotniłem się w pośpiechu.

To już koniec snu. Nie wyciągam z niego żadnych wniosków poza jednym: oglądam zbyt wiele amerykańskich filmów sensacyjnych klasy B.”

niedziela, 15 sierpnia 2004

56.

Dziś zauważyłem jak wiele szczegółów umyka gdy zdaje się z czegoś relację „na gorąco”.
Informacje, które jeszcze nie zdążyły się zadomowić, gdzieś tam w szarej breji pod czaszką, fruwają w jakiejś próżni na podobieństwo pyłków, które dopiero muszą osiąść żeby coś z tego było.
Przykład. Wczorajszy dzień zaczął mi się od pieska czarnego śmiesznego diabełka.
A kompletnie zapomniałem, że gdy już wracałem późnym wieczorem z garażu dzień zakończył mi malutki, biały jak śnieg, szczeniak harcujący po trawniku.
To jakby symbol.
Na zamku dwóch typów przebranych za muszkieterów czy koty w butach odgrywało jakąś scenkę, z której niewiele zrozumiałem. Koniec był taki, że zaczęli symulować pojedynek na szpady. To też mi całkiem wyleciało.
No i czescy blokersi, których widziałem koło Kauflandu.
I pewnie jeszcze coś mi się przypomni.

55.

Najnieprzyjemniejszą częścią dzisiejszego dnia okazała się pobudka, ale taka już dola weekendowego turysty – jeśli chce się coś zobaczyć, trzeba wcześnie wstać.
Dość szybko się zresztą otrząsnąłem, kawa, dymek, prysznic i do garażu po samochód. Szedłem z mieszanymi uczuciami, mżący nieprzyjemnie deszcz, chłodny wiatr i niebo opatulone w chmury szczelnie jak arabska kobieta. Kiedy zwątpienie czy nie zrezygnować zaczęło fruwać między myślami, doskoczył do mnie śmieszny, czarny piesek – wyglądał jak wesoły diabełek. Uznałem to za znak, że nie należy tracić nadziei i zrealizować plan.
***
Wyruszyliśmy dokładnie o siódmej rano, małe dotankowanie po drodze i w drogę.
Im bliżej granicy tym gorsza robiła się pogoda.
Ale skoro słowo się rzekło ( piesek ) – wstyd już było coś kombinować.
Szybko minąłem granicę i rozpoczęło się to czego najbardziej się obawiałem.
Pierdolony deszcz.
Przed samym Trutnovem spadło na mnie kolejne nieszczęście. Urwała się wycieraczka od strony pasażera ( całe szczęście ! ) a blacha zaczęła rysować szybę. Szybko znalazłem rozwiązanie – postawiłem ją na sztorc upodobniając samochód do nosorożca czy innego jednorożca.
***
Na szczęście na tym kłopoty się skończyły. Przed Jicinem zaczęło się rozpogadzać, nastroje się poprawiły – krótko mówiąc idylla.
W samym Jicinie dość szybko znalazłem miejsce do parkowania ( na cichej uliczce obok Miejskiej Biblioteki naprzeciwko której usytuowana jest sympatyczna fontanna ), organizm mnie pogonił – zachciało mi się lać tak, że myślałem że mózg mi pęknie. Dziwne uczucie.
Stwierdziłem, że głupio tak wchodzić do jakiegoś lokalu tylko po to żeby się odlać więc zamówiłem kawę i pepsi. Nie pamiętam nazwy tej knajpki, to nie ma znaczenia, kiedy sobie ulżyłem zaczęło mi się lepiej myśleć. Nad parującą kawą ustaliliśmy, że najpierw zwiedzimy sam Jicin a następnie pojedziemy do Turnova w poszukiwaniu jakiegoś hipermarketu z piwem. Kiedy mam już browca w bagażniku czuję się lepiej – jakoś tak bezpieczniej no.
***
Turnov na mapie wydawał się dość dużym miastem więc byłem pewien, że znajdę tam jakiś otwarty w sobotę sklep z piwem.
Ale najpierw Jicin.
Nie znam się na architekturze, żaden tam ze mnie znawca, mogę tylko powiedzieć czy miasto ma jakiś urok, czy mnie urzeka, czy może jest do dupy. To skrajnie subiektywne ale prawdziwe. Jicin urok ma. Śliczny ryneczek, jakiś tam pomnik Husa, jakaś wieża, na którą ledwo się wdrapaliśmy – w dodatku trzeba za tą przjemność wybulić 15 Kcs od łebka - jacyś Wietnamcy handlujący dżinsem.




Super miasteczko. Głęboko wyryło się w sercu mym – jak mawiają poeci.
Miasto zresztą słynne z tego, że bywał w nim sam rozbójnik Rumcajs – gnębiąc przy okazji Księcia Pana, który mówił coś takiego: „sakreble !”.



-Ja pierdolę ale ja jestem infantylny !
W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że dość już mamy Jicina i czas ruszać w dalszą drogę.
***
Turnov leży od Jicina około 20 kilometrów. Po drodze kuszą skręty do różnych dziwnych miejsc: do Prachovskych Skal, do Hrubej Skaly, do zamku Waldstein. Ten zamek sobie zapamiętałem.
Samo miasto niezbyt ciekawe.



Poza tym zaczęliśmy odczuwać już głód i interesowały nas tylko lokale gastronomiczne. W końcu wyśledziłem miłą knajpkę z przyjemnym wnętrzem ale jak często w życiu okazało się, że w prześliczny kolorowy papierek może być zawinięte najgorsze gówno. Zamówiłem: zupę cebulową ze smażonym serem, pstrąga po młynarsku i knedliki z wieprzowiną.
Zjedliśmy z głodu. Niedobre było. Ale najważniejsze, że żołądek pełen, co tam.
Nie było tam już czego więcej szukać. Kelner skasował nas na 535 koron, czyli – moim zdaniem – o 200 koron za dużo. Ale i tak dałem mu 10 % napiwku bo sympatyczny był i pomyślałem, ze to nie jego wina – on przecież nie gotuje. A może leszcz jestem i miękkie serce mam. Pokręciłem się jeszcze po Turnovie w poszukiwaniu sklepu z piwem ale nici – wszystko pozamykane.
Wyruszyliśmy więc na Waldstein.
***
Na drodze z Turnova w stronę Jicina skręca się w prawo i jedzie pod górę mijając malownicze chałupki z malutkimi okienkami – sielski widoczek.
Na końcu jest strzeżony parking – 25 koron – którego pilnuje zabawny starszy gość z leniwym psem. Stamtąd 500 metrów lekko stromego podejścia przez las pełen wysokich drzew iglastych.



Zameczek uroczy, ładne widoki na całą okolicę włącznie z Panoramą Turnova, a przy dobrej pogodzie to i Śnieżkę podobno widać. Tak napisali w przewodniku po polsku, który wypożyczyła mi jedna ze sprzedających wejściówki Czeszek.



***
Całe to zwiedzanie a później złażenie w dół zajęło trochę czasu – trzeba było już myśleć o powrocie. Stwierdziłem, że piwo kupię przed samą granicą, w jednym z tych zawsze otwartych sklepów, ale przed wjazdem do Trutnova zobaczyłem reklamę Kauflandu.
No to do Kauflandu.
Kaufland jak Kaufland, zbudowany na osiedlu betonowym ( takim jak moje ) – przez moment miałem wrażenie, że ja może już u siebie jestem. Różnice były dwie – ten Kaufland był piętrowy a na piętro wjeżdżało się taśmociągiem. Pierwszy raz coś takiego widziałem.
Druga różnica – w kiblu był automat z prezerwatywami – Patryk mnie spytał co to no i musiałem objaśnić cały mechanizm, od wrzucenia monety do wyrzucenia zużytej gumki do śmieci.
Kupiłem trzy dziesięciopaki w szkle – Gambrinus, Primator i Krucevice ( podeszło mi ostatnio ).
Na granicy znów złapała mnie ulewa, znów wycieraczka na sztorc i do domu.
***
Teraz pisząc te słowa popijam Gambrinusa, Viola przysnęła, a Patryk ogląda – wykorzystując sytuację – „Ze śmiercią jej do twarzy”.

sobota, 14 sierpnia 2004

51, 52, 53, 54

Od rana niebo ciemnoszare, pada, właściwie siąpi sobie, wieje ciepły wiatr, zieleń nabrała soczystości, na tle tego szarego nieba podobają mi się drzewa, których intensywnie zielone liście poruszają się na wietrze, są jak żywe, idąc do garażu gadam do nich, jakaś mijająca mnie kobieta patrzy na mnie jak na kretyna, pewnie myśli „czubek", idę i mruczę: piękne jesteście, a one jakby tańczyły, akacje, jarzębiny, brzózki; to coś jak z człowiekiem - „na głodzie" jest jakiś suchy, przezroczysty a jak tylko coś tam walnie od razu zmiana o trzysta sześćdziesiąt stopni.
Właściwie to pierwszy raz w życiu gadałem do drzew, wcześniej tylko ze zwierzętami rozmawiałem, głównie z psami i kotami, z nimi się naprawdę fajnie gada, one wszystko kumają.
Trochę martwi mnie ten deszcz, bo jeśli jutro także będzie lało to nie pojadę do Czech.
Od rana niebo ciemnoszare, pada, właściwie siąpi sobie, wieje ciepły wiatr, zieleń nabrała soczystości, na tle tego szarego nieba podobają mi się drzewa, których intensywnie zielone liście poruszają się na wietrze, są jak żywe, idąc do garażu gadam do nich, jakaś mijająca mnie kobieta patrzy na mnie jak na kretyna, pewnie myśli „czubek", idę i mruczę: piękne jesteście, a one jakby tańczyły, akacje, jarzębiny, brzózki; to coś jak z człowiekiem - „na głodzie" jest jakiś suchy, przezroczysty a jak tylko coś tam walnie od razu zmiana o trzysta sześćdziesiąt stopni.
Właściwie to pierwszy raz w życiu gadałem do drzew, wcześniej tylko ze zwierzętami rozmawiałem, głównie z psami i kotami, z nimi się naprawdę fajnie gada, one wszystko kumają.
Trochę martwi mnie ten deszcz, bo jeśli jutro także będzie lało to nie pojadę do Czech.
Dawno nic nie pisałem o seksie.
A bo to z tym tak jest, że jak zacznę pisać ile to razy dziennie się brandzluję, co tam sobie myślę, jak uprawiam seks z Fiolką, to zaraz ludzie pomyślą, że chcę być popularny, że w komerchę wpadam i czytelników na siłę szukam.

Dlatego unikam pisania o seksie.


Nic – szykujemy się do wyjazdu, korony kupione, auto zatankowane. Przywiozę trochę zdjęć z tamtych okolic. Pogoda ma nie dopisać, sprawdzałem na czeskich stronach – około 20 stopni i przelotne deszcze.
Ano, zobaczy się.
Następny wyjazd już tak sobie po cichu w głowie planuję, do Pastvin koło Żamberka.
Będzie ze sześćdziesiąt kilometrów od Nachodu. Są tam, cudne głębokie jak cholera górskie jeziora, w których stadami pływają pstrągi. Ale to bliżej nieokreślona przyszłość.
Nie wiem czy wydolę finansowo – już zaczynam robić bokami.

piątek, 13 sierpnia 2004

50.

Przyjemność z oglądania „Psychozy" została brutalnie przerwana przez wizytę znajomej, a takiej Ajwy co w supermarkecie jest kasjerką, siostry wspominanego przeze mnie Mirona ( tego od kaszalota ).
Gaduła z niej nieasamowita, poza tym należy do osób, które gdzie się nie znajdą - czują się swobodnie, zachowują głośno i bez skrępowania. Pomyślałem, że musi mieć solidne ego.
W sumie nawet nie zdenerwowało mnie to jej nieprzewidziane najście, o tyle dziwne, że to do mnie nie podobne.
Zazwyczaj bardzo mnie drażni gdy ktoś lub coś psuje mi wcześniej zaplanowaną przyjemność.
Potraktowałem ją łagodnie bo byłem już po dwóch piwach - tak sobie to tłumaczę.
Ajwa rozłożyła się na łóżku:
-Ale mnie nogi bolą, ale się nazapierdalałam. I jeszcze te burole klienci. Jak ci się trafi jakiś upierdliwy, kurwicy można dostać. A trafiają się, przynajmniej jeden dziennie się trafia.
Tu przerwa, szybki ruch i już trzyma w ręku moją szklankę z browarem.
-Oddawaj ! - przestraszyłem się, że mi całe wypije, a to ostatnie już było.
-Coś taki chytry ? Łyczka tylko wezmę, nie cierpię piwa, zreszta w ogóle nie pijam alkoholu, jestem abstynentką.
Na dowód swoich słów szarpnęła głębokiego łyka, z pół szklanki na raz poszło. Ale resztę oddała.
-No i mówię wam, zarabiam nieźle, 5 zeta na godzinę na rękę, tylko ci klienci czasami do szału mnie doprowadzają. No i te kontrole sprawdzające, oni to nazywają „wózkiem testowym". Podjeżdża ci na przykład baba, wózek załadowany do pełna i różne niespodzianki znajdujesz. Na przykład pastę lepszej marki ma włożoną do pudełka po gorszej, w parasolce spinki, w trampkach kasety magnetofonowe, no i musisz to wszystko wyłapać bo jak nie to możesz pożegnać się z robotą.
Zerknęła na telewizor.
-A co do za film ? ( scena pod prysznicem )
-„Psychoza" .
-A, straszny jakiś, lubię takie, na przykład „Krzyk’. To mój ulubiony gatunek. Ale ten to widzę naciągany jest. Niemożliwe żeby po tylu ciosach nożem tak mało krwi było. A jeśli przebił jej płuco to powinna się jucha z ust jeszcze polać.
Słaby, widać że staroć. A ten gostek czemu się przebiera za babkę ? Pedał ?
Wytłumaczyłem o co chodzi.
-A to niezłe, musi być zdrowo jebnięty. I on w chwili morderstwa naprawdę myśli, że jest własną matką.
Zajebisty czubek !
Poszła po napisach końcowych. Odetchnąłem z ulgą.

czwartek, 12 sierpnia 2004

46, 47, 48, 49

W najbliższą sobotę znów do Czech się wybieram, no co ja na to poradzę, że uwielbiam Czechy, może dlatego, że to tam właśnie pierwszy raz zakochałem się tak konkretnie na zabój.
Tym razem skoczę do Jicina, który leży w Ceskym Raiu. To miasto, do którego często zaglądał sam rozbójnik Rumcajs, strzelając kasztanami i żołędziami ze swojego słynnego pistoletu.
Znów piwa nawiozę, znów pewnie pobłądzę, jakoś to będzie. Tym razem skoro świt wyruszę żeby mieć więcej czasu na łażenie.
Ta co się w niej zakochałem tak poważnie, miała na imię Beata. Była drobną blondyneczką i jak tylko zobaczyłem ją w autokarze, który miał nas zawieźć do Pastvin - pomyślałem, ona albo żadna.
Ile ja wtedy miałem lat, że byłem taki głupi ? Chyba z siedemnaście. Hormony jak homary się we mnie gotowały - tylko tak mogę to usprawiedliwić.


Dzwonią do mnie jacyś ludzie, czegoś chcą, ja w ogóle nie mam pojęcia o co im chodzi, wentylator się kręci, na zewnątrz spiekota, słońce jak w Hiszpanii grzeje w dekiel, w końcu musiałem stąd wyjść bo już mnie telefony wkurwiały, pytają o numery jakiś zagubionych dokumentów, co do do nich niby nie dotarły, zniknęły, wsiąkły gdzieś po drodze, jebane Archiwum X, więc wyszedłem i pojechałem sobie do babci, babcia dała mi garnek leczo, gorącego, dymiącego, pachnącego, zjem sobie dzisiaj plus fasolka szparagowa, którą wczoraj kupiłem,garnek zawiozłem do domu, przy okazji kawkę wypiłem, cygaretkę wypaliłem, komórkę oczywiście wyłączyłem, żeby nie dopadli mnie ci dziwni ludzie poszukujący zaginionych numerów dokumentów, ofert, faktur, tak to się tutaj pracuje, a co robić jeśli można się z nudów przekręcić na lewą stronę.
Najprzyjemniej w aucie, chłodek, nie żebym się chwalił, ale z serca piszę co czuję, najgorzej jak się wyjdzie, wtedy czujesz jak ci pot spływa po dupie, wypływa ze wszystkich zakamarków, oblepia. Ale nic to, dzisiaj sobie „Psychozę" obejrzę na Ale Kino !, piwka się napiję, jutro piątek, co prawda trzynasty ale ja nie jestem przesądny.


Myslałem o tym, żeby dodawać codziennie jeden zapis podsumuwujący cały dzień ale
szybko wybiłem sobie tego pomysła z głowy.To by mi nie pasowało bo czasami wieczorami jestem tak pijany, a rankami tak skacowany, że najzwyczajniej w świecie nie dałbym rady.
Zostawię to tak jak jest, impulsowo będę pisał.

A to ta wspomniana przez mnie chili ostra.
A z meteospadków nici - chmury.



Pomyślałem, że nastukam jeszcze parę zdań przed „Psychozą”.
Zawsze bardzo utozsamiam się z bohaterami czytanych książek, mają na mnie duży wpływ, próbuję się do nich upodabniać – może to słabość mojego charakter, kto wie ?
Tylko w jednym jedynym przypadku nie musiałem przejmować cech opisywanego bohatera, czytając o nim zwyczajnie wiedziałem, że czytam o sobie.
Chodzi mi o Lwa Nikołajewicza czyli „Idiotę” Dostojewskiego.
Wypisz, wymaluj – ja sam we własnej osobie.
Dobra lecę oglądać !

43.

Właśnie ze sklepu wróciłem, po papierosy Fiolka mnie wysłała, po papierosy Vogue - czytaj Wożę - idiotyczne i bezsensowne, bo po jaką cholerę ciągnąć coś tak cieniutkiego, wąskiego, ile tam tego tytoniu, ale zresztą nieważne, na zewnątrz duchota – burza pewna jak amen w pacierzu, rozleniwione kobiety z dziećmi na ławkach zalegają, plotkują, obserwują, ale nie zwracam na nie uwagi, pruję do sklepu i teraz będzie najlepsze.
Pod sklepem piwo się komuś wylało a jamnik alkoholik zlizuje podobny kropka w kropke do mrówkojada zlizującego mrówki z mrowiska. Spojrzałem na niego i mówię:
-Kup sobie stary całą butelkę i wypij jak człowiek.
Nawet nie zerknął. Lizał bez opamiętania.
Pieprzony mrówkojad alkoholik.

42.

Przypomniało mi się jak sto lat temu często wracałem po nocach, deptałem po nocach po gwiazdach, po księżycu, wracałem wesoły, but jakby w butonierce, podchmielony, podwinogronowany, podkannabisowany, z imprez różnych, różnorakich i prawie nigdy nic mi się nie stało.
Raz tylko szedłem sobie ulicą Wrocławską – wylotowa na Breslau, moje miasto ukochane – dokładnie po lewej miałem cmentarz komunalny, wielki, wypełniony mnóstwem ludzkich szczątek, zarówno żydowskich rabinów jak i radzieckich żołnierzy, sołdatów którzy odbijali to miasto, a może i gwałcili, może i plądrowali – nie było mnie tam, nie wiem, pytajcie historyków – polskich szczątków też na nim nie brakuje, powiększa się z roku na rok, jak wielki organizm kosmiczny rozrastający się w coraz szybszym tempie, rozciągający swoje macki coraz szerzej i szerzej, no i szedłem tamtędy, noc była ciepła, miałem na sobie niewiele, z cennych rzeczy jedynie zegarek plastikowy, jednorazowy taki, w którym nawet baterii nie dałoby się wymienić, a naprzeciw mnie szóstka stała, nie siedmiu wspaniałych, nie piątka z ulicy barskiej, tylko szóstka przypakowanych od przerzucania snopków wieśniaków – a ja twardziel, prosto między nich się wepchnąłem, zamiast ominąć to chciałem tak jak w masełko wejść i wyjść, ale nie udało się, powalili na ziemię, ziemią był chodnik betonowy, twardy jak skurwysyn Clint, no i skopali, pobili zegarek plastikowy z prawej ręki zerwali i uciekli.
To mnie zdziwiło – dlaczego uciekli mając taką przewagę ?
Do dziś nie mogę tego pojąć i nawet nie wiem dlaczego mi się to przypomniało.

41

Siedzę piję kawę, oglądam Listę Wszechczasów na MTV ( co mnie do tego skłoniło ? och co ?!!!) i czekam na mecz. Nie żebym był tam jakimś wielkim fanem footballu ale zawsze to wydarzenie historyczne. Dlatego warto je upamiętnić w pamiętniku.
Więc upamiętniam: Wisła Kraków gra dziś z Realem Madryt.
Nie obstawiam wyniku bo się na tym:
· po pierwsze nie znam
· po drugie mam w dupie kto wygra a kto przegra.
Dziś w pracy wreszcie ruszyło, przez całe osiem godzin byłem maksymalnie zajęty, nie powiem, że tworzyłem jakieś cholernie pożyteczne rzeczy ale zawsze coś.
Teraz już rozumiem skąd brały się moje ostatnie doły, ano z totalnej bezczynności. Siedzi wtedy człowiek i myśli o pierdołach, czuje się niepotrzebny i zapomniany. No a niech tylko wpadnie w kołowrót – wtedy zapomina o wszystkim, nawet o tym czy chciał się odlać czy napić.
Dziś jeszcze jedno wydarzenie ale raczej nie dane mi będzie go zaobserwować, poobserwować, posmakować. Wszystko przez to, że niebo zaszło chmurami i zanosi się na wieczorny deszcz.
Kto wie – może nawet na burzę.
( przypadek: słyszę jak w drugim pokoju Morrison stara się przebić na drugą stronę )
No i nie zobaczę resztek meteorytów dogorywających w ziemskiej atmosferze przyciąganych przez naszą kochaną grawitację na tle czarnego jak smoła nieba. Szkoda.



Pocieszę się piwem i zwycięstwem którejś z drużyn.
Browar Krusovice czeka schłodzony sympatycznie w Elektroluksie, przymilnie wdzięcząc się szklanymi ściankami pokrytymi lodowatą mgiełką.


środa, 11 sierpnia 2004

40.

Najważniejsze w życiu to żeby nie musieć nic sobie ani innym udowadniać. Kiedy wciąż musisz udowadniać, że jesteś taki a siaki, że mieścisz się w normie takiej owakiej, że spełniasz oczekiwania i wymagania pod względem czegoś tam owegoś - to masz przerąbane. Wtedy nic tylko oceny, oceny, oceny.
Sam siebie oceniasz, inni cię oceniają, rzygać ci się już chce od tego ciągłego oceniania. Krótko mówiąc wpadasz w gówno i jesteś nieszczęśliwym człowiekiem.
Wciąż myślisz: a co ona pomyśli jeśli jej powiem to, a co oni powiedzą kiedy zrobię sio, a co się stanie ze mną jeśli postąpię jak postąpię czy przypadkiem nie zaszkodzę temu owemu ?
Od samego myślenia o tym robi się człowiekowi mdło, szaro i byle jako.
Pierdolić !
Ktoś może powiedzieć: no ale co z uczuciami innych ?
-Kurwa, jak mnie to zwala z nóg !
Jakby każdy pilnował własnego nosa a nie gapił się co robią inni, czy zachowują się zgodnie z ustalonymi przez niego normami, czy poruszają się w jego ramach - to by nie mieli zranionych uczuć, serc, dup i kończyn.

A w ogóle trochę głupi ten wywód, że tak ocenię sam siebie i usprawiedliwię przed tymi, którzy go przeczytają.

He, he.

38.

Zdaje mi się, że od wczorajszego popołudnia minął miesiąc albo coś koło tego. Może to przez fakt, że sypiam dwa razy na dobę. Przez głowę przetaczają się jakieś poszarpane obrazy, śni mi się, że wymiotuję i kaszlę krwią aż płuca wyrywa, że spotykam kolesia, który dawno temu terroryzował dzieciaki na moim podwórku a teraz niby się nawrócił i nawet zapisał do szkoły wieczorowej ( tak naprawdę koleś nie żyje, parę lat temu znaleziono go powieszonego w starym baraku na pewnym zadupiu, miał związane ręce i nogi ), kręcą się koło mnie jakieś dziwne typy, dzisiaj mam od cholery roboty - co jest samo w sobie niesamowicie dziwne biorąc pod uwagę te minione miesiące marazmu, w którym nawet powietrze nie drgało, wkurwia mnie Wiola kiedy muszę się jej tłumaczyć przez telefon, ostatecznie rzucam słuchawką ( ale w komórce to chyba nie będzie „rzucam"), odwiedzam babkę częstującą mnie fasolką szparagową i zamrożonymi ruskimi pierogami, drapie mnie w rękę jej rudy kot, palę, piję, jem, znów śpię, znów palę i piję, wszystko się kręci kołuje, słucham informacji zupełnie niechcący, jakiś Wałęsa się puszy na TVN 24, myślę o dziewczynach w krótkich spódniczkach, które podziwiałem z okna samochodu wracając z pracy do domu, co tam mają pod nimi, biorę prysznic, znów myślę o dziewczynach, o facetach jakoś nie myślę, łapię rudego kota za ogon, znów drapie do krwi, rzygam krwią i jestem zaskoczony, jadę autobusem, 90 procent pasażerów to młode kobiety, wzrok mój napotyka oczy jednej z nich, piękne, duże, brązowe, odwracam wzrok, ręce mi się pocą, dziewczyna przy kości ociera się o mnie biodrem mimo tego, że staram się odchylić jak najdalej od niej, wysiadam, idę przez zarośla, docieram do pracy, robię oferty i tak w kółko...

wtorek, 10 sierpnia 2004

33, 34, 35, 36, 37

W supermarkecie spotkałem Mirona. Chudy, wysoki jak wieża - na twarzy rezygnacja.
-Żenię się.
Nie złożyłem gratulacji. Bo wiem z kim. Z pewnym, wiecznie nadętym, nadąsanym, patrzącym na wszystkich z góry, kaszalotem.
Przy obiedzie potrafi mu powiedzieć:
-Jak ty żresz !
Jest na jego utrzymaniu i nie wybiera się do pracy.
-Ja SIEBIE w pracy nie wyobrażam ! - powiada.
Większość dnia spędza na żarciu i leżeniu. Nic dziwnego, że waży 90 kg.
I co powiecie ?
TO musi być MIŁOŚĆ.

Wczoraj zakupiłem gazetę „Pani Domu" z dołączoną do niej płytą dvd „Seven".
Film jak film, ale pod jego wpływem wpadłem na pomysł.
A gdyby tak napisać książkę o seryjnym zabójcy, który podejmuje olbrzymie wyzwanie, mianowicie przez okrągły rok morduje jedną osobę dziennie, za każdym razem stosując inną metodę.
Wyszłoby koło 365 trupów ( jeszcze nie wiem czy odliczyć święta i weekendy ).
Morderca mój byłby tolerancyjny dla wszystkich mniejszości, raz ukatrupiłby podstarzałego łysiejącego geja, raz kolejarza ojca piątki dzieci, raz ćpuna z dworca, raz posła, raz faszystę i tak dalej - można by wymieniać bez końca i nie wiem czy w tych trzystuiluś osobach pomieścili by się wszyscy przedstawiciele wszystkich środowisk, kółek, partii, mniejszości i organizacji.

Zapaliłem się do tego pomysłu o seryjnym.
Będę go publikować na Czeskim Bydlogu jako powieść w odcinkach.
Tytuł : "Codzienny Morderca".
Dzień w dzień, w wysoce wyrafinowany sposób będzie ginąć jedna dorosła osoba.
Nie wiem jeszcze od kiedy zacznę, muszę poczynić przygotowania: kupić gruby kalendarz ( może być stary - ale musi być czysty, znaczy niezapisany ), muszę odwiedzić kilka portali psychiatrycznych i obyczajowych, jednym słowem działać profesjonalnie.
Prawdopodobnie zacznę od przyszłego poniedziałku.
Wiem już kto zginie 2 stycznia.
Bo weekendy i święta jednak odrzucę.
Nawet morderca ma prawo do odpoczynku.

Jednak informacja to ważna rzecz.
Dopiero przed momentem dowiedziałem się, że dziś nie ma w pracy żadnego z szefów.

Gdybym wiedział o tym wcześniej nie siedziałbym tu cały dzień jak głupi gapiąc się w wirujące skrzydła wentylatora.


Myślę, myślę, myślę.
A w tym upale cholernie źle mi się myśli.
Myślę – gdyby tak skonstruować wehikuł pozwalający na wtargnięcie w sam środek akcji jakiejś ciekawej książki. Jeden przycisk – cyk i jestem świadkiem aresztowania Józefa K.
Znów przycisk – i przyglądam się Wielkiej Oddziałowej. Znów cyk, na kolana wskakuje mi Behemot.
Cyk, cyk, cyk.

poniedziałek, 9 sierpnia 2004

29, 30, 31, 32

Siedzę od rana w biurze i czytam o depresji. Według wszystkich znaków na niebie i ziemi to co czuję, o czym myślę i jak się zachowuję jest spowodowane właśnie nią.
Przykre.
Może sobie wmawiam.
Alkohol już nie pomaga, wręcz przeciwnie. Nasila myśli samobójcze.
Nie myśleć.
Może to tylko zwykły dół, może minie.
Na razie robić dobrą minę do złej gry.
Pan Józek - dla jednych zwykły wulgarny cham dla innych dusza towarzystwa. Były taksówkarz, wędkarz z powołania, chudy, żylasty, gęba taka swojska - od razu widać, że „swój chłop". I wódki się napije, i papierochy ćmi jeden za drugim i klnie, pięknie ubarwiając swoje wypowiedzi.
Chociażby na tych imieninach ostatnio.
Solenizantka jak zwykle w takich sytuacjach postarała się. Na stole nie zabrakło śledzi w oleju, ozorków w galarecie, pasztetu wypieczonego domową metodą ( „według własnej receptury" podkreślała z dumą gospodyni ), szynek, baleronów, przystawek różnorakich, w tym kurek. O te kurki właśnie poszło Józkowi.
-O kurwa, ale malutkie ! - z poluzowanym krawatem i zaróżowionymi od paru głębszych policzkami zachwycał się Józek.
-Wpadną i od razu wypadną, a wezmę kawałek chleba, o kurwa, z papierem, piekarnia „Dęblińska", a to nic że papier, jak będę srał od razu mi dupę podetrze...
Tu zarechotał swoim zwyczajem klepiąc po plecach siedzącego obok dziadziusia Henryka, który omal nie wypluł swojej sztucznej szczęki na talerz.
-No to cyk i chlup i bul, bul - zaintonował wesoło na kościelną modłę podnosząc swój kieliszek i rzucając szybkie spojrzenie na zgromadzonych przy stole biesiadników.
Jego uwagę zwróciła ciocia Zosia, która po raz pierwszy znalazła się z Józkiem na wspólnych imieninach Haliny - naszej gospodyni.
Siedziała blada, spięta, kipiąca oburzeniem. Jak można było zaprosić takiego prostaka, myślała - a w środku ją trzęsło.
-A ty Zośka coś mi chujowo wyglądasz. Lepiej łyknij boś blada niesłychanie !

Przeleciałem się po blogach troszkę, a tak przypadkowo zupełnie, może trochę nazwami się kierując, czułem się coś jak Maksym z powieści Strugackich „Przenicowany Świat" , któremu na monitorze podłączonym do specjalnej maszyny wyświetlano różne dziwne filmy - były to zapisy myśli i wyobrażeń kosmitów ale i ludzi, czasami kompletnie niezrozumiałe, czasami przerażające, czasami śmieszne, czasami nudne.

Ojciec: Co dobrego słychać ?
Ja ( czyli syn) : Nic...Depresja.
Ojciec: A jakie przyczyny ?
Ja ( czyli syn ) : Depresja nie ma przyczyn.
Ojciec: Może okulary zmień na różowe ?
Ja ( czyli syn ) : Nie mam okularów, jestem ślepcem.
Ojciec : Przecież życie jest piękne.

Hradec Kralowe

Wczoraj zaimprowizowaliśmy. Lęk przed kolejną sobotą spędzoną przed telewizorem z pilotem w ręku spowodował chęć ucieczki.
Zapakowaliśmy paszporty, 1500 koron i ruszyliśmy w stronę granicy polsko-czeskiej w Lubawce.
Wyjechaliśmy dość późno – około dwunastej. Przyjemna pogoda – zwłaszcza gdy siedzi się w klimatyzowanym samochodzie i podziwia ciężką pracę żniwiarzy na mijanych polach – towarzyszyła nam przez całą drogę.
Przejazd przez granicę okazał się formalnością, polski strażnik zajrzał w paszporty a czeski machnął ręką.
Postanowiliśmy odwiedzić Hradec Kralove, sympatyczne czeskie miasteczko z przepięknym rynkiem ( Velke Namesti ).
Po wjeździe do miasta zacząłem szukać miejsca do parkowania. Z tym był, jak się okazało, problem – nie mieliśmy drobnych na automat do parkowania a sklepy pozamykane. Ostatecznie znalazłem zacieniony parking pod kamienicą stojącą przy samym brzegu przepływającej Orlicy.
Samo miasto: ciche, spokojne, nagrzane słońcem. Ulice puste, z rzadka przemknął jakiś trolejbus bądź Skoda.
Obiad zjedliśmy w jednej z wielu restauracji usytuowanych w rynku.



Nazywała się „Cerny Kun”. Zamówiliśmy trzy solidne porcje obiadowe, napoje i kawę.
Rachunek wyniósł około 50 złotych. W Polsce zapłaciłbym pewnie ze 150.
Poszwendaliśmy się jeszcze po mieście – czas płynął zadziwiająco szybko – i nagle okazało się, że trzeba się zbierać.



W czeskim Kauflandzie kupiłem 50 piw, załadowałem do bagażnika i w drogę.
W Trutnovie pogubiłem drogę. Zamiast wylecieć na pobliską Lubawkę pojechałem na Nachod.
Kto orientuje się w czeskiej geografii będzie wiedział jaki ze mnie kretyn.
Nadrobiłem kawał drogi w Czechach, nadrobiłem kawał drogi w Polsce.
Do domu weszliśmy równo o północy, kompletnie wykończeni.
A dziś siedzę z pełnym żołądkiem ( po „proszonym” obiedzie, których tak nienawidzę ) i popijam Staropramen Lezak.
Jutro rano powrót na „pustynię rzeczywistości”.

sobota, 7 sierpnia 2004

27.

Dzień jak dzień. Próbuję sobie przypomnieć chwila po chwili co się wydarzyło a wierzcie mi, nie przychodzi to łatwo – jestem po dwóch browarach. Nie wiem czy „już” czy „dopiero” – fakt jest taki, że po dwóch.
Ale zacznijmy od początku.
Wstało mi się w miarę – jakaś trójka w skali dziesięciopunktowej, to już duży postęp. Pewnie wpływ zbliżającego się weekendu, tej nadziei na dwa wolne dni. Zadziwiająca jest nadzieja – ile istnień przetrwało dzięki niej drugą wojnę światową, zresztą wszystkie inne wojny też.
Wystarczy, że jej zabraknie a już człowiek wskakuje do wykutej tępym toporem dziury w lodzie gdzieś na samym środku Morza Białego.
W każdym bądź razie dziś rano jakoś prędko się pozbierałem mimo piekących czerwonych spojówek i tego jebanego spikera w komercyjnej stacji radiowej. Co do spojówek – w powietrzu musi być jakiś pierdolony kwas wyżerający oczy, głównym podejrzanym jest u mnie komin huty miedzi, której jestem sługusem. Tak, tak – służę Szatanowi, który skraca mi życie nie mogąc doczekać się momentu, w którym zdefloruje moją ( marną przyznaję ) duszę.
Jak zwykle poranna kawa w kuchni, do niej dwie cygaretki ( palenie rzuciłem, jest to pewna prawda, normalnego papierocha nie miałem w ustach od stycznia, nie zaciągam się, bla, bla, bla, wymówki nałogowego palacza ) i wyruszyłem do pracy.
Ech, nałogi. Dym w płucach zamieniony na dym w ustach. Nikotyna. Tego mi trzeba.
4 miesiące wytrzymałem i wtedy coś pękło. A może by tak jedno cygarko ?
I leżysz. Cała silna wola, walka wewnętrzna okazuje się jednym wielkim gównem.
Ostatecznie dotarłem do firmy. Kiedy byłem w odległości około kilometra poczułem smrodek. To śmierdziała radość mojej koleżanki z pokoju – z Działu Sprzedaży i Marketingu
( tfu ! ).
Dziś jej ostatni dzień w pracy – od poniedziałku urlop.
Próbowałem się zdystansować, zacząłem szukać plusów.
Po pierwsze – przez dwa tygodnie nie będę musiał patrzeć na jej gębę.
Po drugie – będę miał więcej pracy co pozwoli mi walczyć z biurową nudą.
Po trzecie – będzie cisza, żadnego radia, żadnych rozmów o dzieciach, teściowych i wydarzeniach w kraju.
A minusy ?
Chyba jedynie ten, że ja już po urlopie a ona na.
Zwykła zawiść.
Miałem rację. Jej mina powiedziała wszystko. Mało brakowało a trafiłby mnie szlag. Ale udawałem twardziela.
-Co, ostatni dzień ? Ale masz super ! Ale ci zazdroszczę !
Gdyby potrafiła czytać w moich myślach nie zniosłaby dźwięku zgrzytających w nich zębów.
Do dwunastej jakoś zleciało. Przeglądałem te beznadziejne informacje na onecie, zajrzałem na parę blogów, próbowałem ściągać jakieś stare gry strategiczne, w końcu nie wytrzymałem.
-Idę do huty.
Huta jest po drugiej stronie drogi, czuć ją na drugim końcu miasta, trzeba być naprawdę desperatem żeby się do niej wybrać.
Na głównej bramie machnąłem przepustką i ruszyłem w stronę magazynów. Smród, pył, gaz, hałas i setki poskręcanych labiryntów rur nad głową. Chuj wie co nimi płynie, kwas, para, woda czy jeszcze inne gówno.
Odbyłem spacerek, pewnie ze dwa kilometry aż znalazłem się pod magazynem firmy. Zachciało mi się palić, pomyślałem, że wezmę się nawet za papierocha jeśli spotkam kogoś z pełną ramą fajek. W magazynie pustka. Wszyscy na urlopach.
Został tylko Darek. Kierownik Magazynu. Wykształcenie: magister historii.
Pierwsze jego pytanie gdy mnie zobaczył:
-Masz jakieś fajki ?
Ha.
On też rzucił.
A ja tak liczyłem na darmowego dymka.
Ale nic, pogadaliśmy trochę, o emigracji głównie, że to już ostatni dzwonek, że mamy już latka, że jak nie teraz to nigdy i rozstaliśmy się w mało optymistycznych nastrojach.
Po powrocie stwierdziłem, że już nie wytrzymam. Pożyczyłem wóz od szefa ( pretekst: pilne sprawy służbowe) i pojechałem do domu puścić sobie dyma.
Ulżyło mi. Wracałem przez wymarłe miasto wniebowzięty.
Nie chce mi się już pisać – dawno już nie napisałem tak wielu słów w tak krótkim czasie.
Mogę jedynie dodać, że po powrocie do domu zakupiłem kilka browarów i książkę Michaela Moore’a „Biali Głupcy”, czytam ją, popijam i jakoś leci.
A, żebym nie zapomniał – dałem dzieciakowi na loda a on kupił chipsy.
Obawiam się, że jest debilem.
30 stopni Celsjusza a on wybiera słone chipsy zamiast zimnego loda.

piątek, 6 sierpnia 2004

25, 26

Patrzę przez okno na moje osiedle i mam wrażenie, że jestem tutaj od zawsze. Jakby Bóg rzucił mnie w sam środek betonu próbując ukarać za jakieś bliżej nieokreślone winy.
Jeśli to jest czyściec to jak wygląda piekło ?
Latem nagrzane jak patelnia ulice pachną asfaltem a przez uchylone okna do mieszkania wdzierają się wrzaski dzieciaków i warkoty silników przejeżdżających aut. Zimą jest ciszej, cała okolica pokryta breją zleżałego śniegu wydaje się martwa, przez ściany słychać szum spuszczanej wody i kłótnie sąsiadów.
Niewiele zieleni, dominuje szarość, parę karłowatych drzewek i zaniedbanych żywopłotów podkreśla jedynie fakt, że tutaj rządzi beton. Wieczne przeciągi dają się we znaki zwłaszcza późną jesienią kiedy lodowaty wiatr hulający między budynkami wdziera się pod kolejne warstwy ubrania wywołując dreszcze.
Jestem tu od zawsze ale nie znam wielu mieszkańców osiedla. Można tu przeżyć całe życie nie poznając nikogo. Bo zdawkowe „dzień dobry” rzucane znanym z widzenia przepływającym jak we śnie twarzom nie zasługuje na miano „znania”.
Matka opowiedziała mi kiedyś, że parę lat po zamieszkaniu w naszym dziesięciopiętrowcu spotkała tu niedaleko swoją dawną znajomą ze szkoły podstawowej. Zaczęły rozmawiać i okazało się, że mieszkają od tych paru lat w tym samym budynku, mało tego – na tym samym piętrze. Tak tu właśnie jest.

Znalazłem się w punkcie, w którym zyskałem niemal pewność, że nic się już nie zmieni. Przestałem liczyć na to, że przylezie tu jakiś King-Kong czy Godzilla i rozniesie wszystko w pył. Straciłem nadzieję na dywanowe naloty bombowe i grad rakiet wypełnionych głowicami z bronią chemiczną. Nie wierzę już nawet w to, że przestanie działać winda a jakiś szaleniec wybije wszystkie szyby w oknach pobliskiego sklepu. Informacje o tym, że gdzieś coś się dzieje, że istnieją inni ludzie, napływają do mnie z Internetu i kablówki. Patrząc przez moje okno trudno uwierzyć w większość z nich.
Tu nie ma bohaterów, nie spotkasz tu Raskolnikowa, Wokulskiego, pani Bovary, nie mówiąc już o typach z komiksów posiadających nadludzkie właściwości pokonujących zło w dzień i w nocy. Czasami podejrzewam, że nie ma tu nawet dobra i zła, jest tylko nigdy nie kończąca się monotonia.
-Kupiłam ci nową szczoteczkę. Żółtą.
-Dlaczego ja zawsze muszę mieć żółtą ?
-Bo jesteś kutasem.

środa, 4 sierpnia 2004

23, 24

Czy dziś jest wtorek czy środa ? Poniedziałek mi umknął.
Słowo „parafrazować".
Parafrazując Lou Reed’a - czasem otwieram się jak kwiat, czasem zamykam jak pięść.
Sometimes I feel so happy sometimes I feel so sad.
-I dobrze, że ci jeden dzień uciekł - masz bliżej do weekendu.
W samochodzie słucham Talking Heads, ulice puste, w sierpniu pusto, urlopy, wymarłe miasto.

-Gdybym miał sto procent pewności zrobilibyśmy sobie dziewczynkę. Ale nie mam. W dodatku moi przodkowie samych synów płodzili. Cholerne ryzyko. W dodatku starym ojcem byłbym.
-Gdyby poszła w moje ślady byłbyś za to młodym dziadkiem.
I takie to dyskusje przy dymku i czarnej odbywały się na drugim piętrze dziesięciopiętrowego budynku z betonu, w kuchni dziś z samiuśkiego rana.
Przeskok w przód - i masz ci los - telefon nowy od szefa dostaję a stary oddaję.
Krok w tył i słone precle zajadam.
Jeszcze parę godzin w tył i śnię głęboko, a nos mi się zatyka ( lewa dziurka ) bo nie na tym boku leżę.
Parę lat cofam się i przegrodę nosową mi łamią dzięki czemu później na boku leżąc dziurka mi się zatyka.
Takie to życie.
Jak coś się stanie, coś stanie, komuś stanie albo coś to napiszę.
Auto pod drzewem w cieniu czeka aż za 45 minut do niego wsiądę i pojadę gdzie rośnie pieprz i wanilia, a właściwie chili bo chili właśnie mam w doniczce.
Ostra jak skurwysyn, spróbowałem językiem.
I rośnie do góry.

21, 22

-Nawet w „Ulissesie” jest jakaś akcja, ( od autora: nie czytałem, czyje to ?) a ty co, kurwa, tworzysz ?
-Gapisz się, niby słuchasz, palisz, pijesz a paluszkami przebierasz żeby tam coś napisać, zapisać, opisać.
-Patrz lepiej jaka chmura, jak buzia, jakiś kurwa misiek !




Leżymy na łóżku. Jak foki na kamienistej plaży.
Miller powiedziałby: jesteśmy zupełnie sami i jakby martwi.
-Patrz jaki mam brzuch, pępka w ogóle nie widać. To nie bajki.
-Ja też nie lepszy. Widać nie przystajemy do kanonów wspólczesnych wyobrażeń o tym jaka ma być prawidłowa masa ciała.
Ble, każdy może być artystą. To banał. Bananowy banał. Stare miał dżinsy.
Tak się kurwa dać oszukać jakiemuś harcerzykowi.
Błogosławiona Telewizja Polonia.
Polonia kojarzy mi się z burakami zza miedzy, którzy nawet nie spróbowali nauczyć się języka kraju do którego wyemigrowali. No i ten ich polski katolicyzm. Wszędzie go ze sobą noszą. Mają pod ręką. Biel, czerwień i krzyże.

wtorek, 3 sierpnia 2004

18, 19, 20

Popołudniowy sen generuje slajdy dawnych relacji. Wspomnienia dopominają się zapisu niczym dźwięki wspaniałej symfonii w budynku o idealnej akustyce.
Ale czy są tego warte ?
Nic nie trwa wiecznie, każdy gmach runie kiedyś pod gradem burzących bomb upływającego czasu. Rycie znaków potwierdzających własną obecność jest jak szczypanie się na jawie.
Ja nie śnię – to dzieje się naprawdę.
Nie ma sensu z góry żałować, że te ślady nie są wieczne.
Wraz ze mną umrze cały wszechświat.
Zanim to nastąpi mam zamiar rozsiewać własne szaleństwo.


Odkręcam kurek, puszczam słowa. Zaciągam się dymem. Wcześniej przez okno patrzyłem. W żółtej bluzce sąsiadka z zakupami. Reklamówka z Kauflandu. Tam ochroniarze biją. Widziałem reportaż w TVN. Wstyd przyznać – czasami oglądam TVN. I synek jej Dawid. Gwiazda Dawida. Ideczek. Iduś.
-Chodź Iduś, mamusia kupiła ci loda. – niemal słyszę jej zachrypnięty od Męskich głos przez brudną, pokrytą pyłem ze szkolnego boiska szybę. Blokowisko. Chłopcy grają w piłkę wzniecając tumany kurzu, który unosi się coraz wyżej i wyżej sięgając najwyższych pięter, doganiając fruwające, wszędobylskie gołębie, osadzając się na ich piórach. Grają dalej, są jak gladiatorzy na arenie, której publiczność stanowią odbijające wieczorne słońce okna szarych wieżowców.
Soliłeś ?
Kamil obraca w dłoniach gorącą niczym hutniczy piec żółtą kolbę kukurydzy.
Tak.
Ma rude włosy, właściwie miedziane i coś takiego w sobie, że daje się lubić. Spokojny i opanowany. Cedzi słowa i pieniądze.
Wychodzę z kuchni. Porozrzucane na ławie piloty proszą się żeby wziąć je do ręki.
Nie mam ochoty. Pierdolę, nie mam ochoty na tv, nie mam ochoty na muzykę.
Dzwonek do drzwi. Kolejny w życiu. Gdyby tak je kolekcjonować. Historycznie rzecz biorąc.
Odłożył kukurydzę i poszedł. Zniknął z pola widzenia.
Zastanawiające.
Jak szybko zwiększa się odległość.
A właściwie dlaczego mają być reguły, życie nie jest poukładane. Rozczochrane. Jak moje włosy rano. Codziennie muszę myć głowę, a może to powód do zadowolenia. W tym wieku nie łysieć.
Oj staruszku.
-Mamo możemy do kolegi pójść ?
-Którego ?
-Do Sebastiana.
-Wy wiecie jakie macie śmierdzące, brudne skarpety ?
-Kto będzie patrzył na skarpety ?
-Rodzice. Chcecie iść, nogi umyć.
Pierdolić chronologię. Jak wczoraj. Szeroko rozłożone nogi. Tu cię mam, chronologio. Przycisnąłem cię do ziemi. Do łóżka, precyzując.
Dlatego nie zwracając uwagi na to, która jest teraz godzina, jaki dzień, miesiąc czy rok, mogę podróżować w czasie. Na przykład cofnąć się do chwili, w której siedziałem dziś rano w biurze spoglądając na szefa głoszącego, niczym prorok, rzeczy tak oczywiste, tak bardzo wiadome, że aż zabawny się wydał, w dodatku zajęło mu to półtorej godziny, słowa lały się z niego jak sok z soczystej brzoskwini. I pewnie były słodkie, bo nagle, jakby się wcześniej umówiły, dwie osy wleciały przez okno i zaczęły krążyć nad jego głową okoloną wianuszkiem siwych włosów.
A drugi szef ma swoich pupili. Kiedy próbowałem zwrócić uwagę na to, że czasami postępują niewłaściwie, szybko to uciął. Machnął jak samuraj mieczem i w powietrzu nastała cisza. Nawet osy przycupnęły gdzieś w kąciku.
Już lepiej opowiadać sprośne kawały.

17.

Rodzę się w diamentowej popielniczce wypełnionej popiołem z cygar. Całkiem bezboleśnie, w dodatku - jakby na przekór - z prawdziwą przyjemnością. Przecieram oczy, wlewam w siebie smołę kawy, na kuchennych płytkach rozgrywam partię szachów. Odbieram dźwięki ale ich nie rozkodowuję, pozwalam im po prostu być. Nie szukam znaczeń - jest za wcześnie. Pod prysznicem zmywam z siebie pelerynę bakterii i roztoczy żywiących się naskórkiem.
Wychodzę. Codzienny korytarz garaży tworzy perspektywę, za którą czai się wschodzące słońce.
W pracy dopada mnie zaskoczenie. Pojawia się ruch. Może niezbyt wielki ale dobre i to. Kawałki depresji opadają ze mnie jak zużyte człony startującej rakiety.
Jestem głodny - wina wczorajszej akcji reakcji.
Właśnie o to oskarżam.
Pochłonąłbym całe tegoroczne zbiory brzoskwiń, winogron, truskawek i innych lepkich soczystych zwabiających osy i pszczoły owoców.

poniedziałek, 2 sierpnia 2004

14, 15, 16

Brakuje mi równowagi.
Więcej rzeczy nienawidzę niż lubię.
A te co lubię są tak drogie, że też je chyba znienawidzę.
Ale ze mnie konsument napalony !

Zastanawiam się czy ja naprawdę jestem czubkiem czy tylko sobie wmawiam, czy może sam wprowadzam się w „te doły" ( eufemizm na depresję ?) , jedynie Viola traktuje to poważnie, tylko ona się przejmuje co będzie ze mną, co z nami będzie, pewne jest to że jestem nieudacznikiem miewającym żale do całego świata, nie potrafiącym doprowadzić nic do końca, bez zainteresowań i wiedzy, bla, bla, bla, tfu, tfu , pluję na siebie tak sobie obrzydłem.

Niebo pokryły szare chmury.
W powietrzu cisza.
Czekam na burzę.
Do listy "mam alergię na" dopisuję:
edyta górniak

13.

Rok temu chciałem zostać pisarzem ale teraz sobie doskonale przypominam że ja już kiedyś pisarzem byłem.
Mianowicie w wojsku. Wypisywałem przepustki, stany kompanii, jakieś ekwiwalenty, elementy, rachunki, autografy.
Pamiętam, że dobrze było być pisarzem bo mogłem trzymać cywilne ciuchy, które i tak na nic się nie przydawały bo wychodząc na przepustkę lazłem na autosradę A4 łapiąc stopa a najłatwiej było złapać "na mundur".

12.

Mam alergię na: trendy, hip-hop, heyah, marketing, pr, biznes, powracające nie dla pieniędzy punk-rockowe zespoły lat osiemdziesiątych, filozofię wschodu, antyglobalizm, globalizm, multikina, cv, młodzieżowe programy muzyczne w tv, samą tv - ze szczególnym uwzględnienieniem tvn,
feng-shui, tatuaże, kolczyki w dziwnych miejscach, zabawę z bykami w zapadłej hiszpańskiej dziurze, portale, p2p, budki suflera, perfekty, beaty kozidrak, muńki z krawczykami, krawczyki z edytami, kaziki,
ceremonie, obrządki, wywiady z księżmi zaprzeczającymi pomówieniom o pedofilstwo, wywiady z pedofilami potwierdzającymi zarzuty o wykorzystywanie małoletnich...

Jak sobie przypomnę coś jeszcze to dopiszę.

9.

Wczoraj chciałem napisać opowiadanie o człowieku, który od dziecka był prześladowany. Przez rodziców, szkołę, później pracę. W końcu przepełniony nienawiścią do siebie i wszystkich wokół zaczyna mordować.
Postanawia, że przynajmniej w tym będzie mistrzem.
Ale nie napisałem. Ogarnęło mnie przygnębienie, długopis wypadł z dłoni.
Wziąłem i się upiłem.

Obejrzałem film „Wszystko o mojej matce." Almodovara.
Nie podobał mi się bo nauczał tolerancji i że transwestyta też ma ludzkie uczucia.
Poza tym aktorzy mówili po hiszpańsku co sprawiało wrażenie, że przerywają sobie nawzajem kwestie.

niedziela, 1 sierpnia 2004

8.

Pustkę próbuję wypełnić jedzeniem, piciem i paleniem. To jest walka, w której z góry skazany jestem na przegraną. Wchłaniam pomidory, paprykę, ser Feta, szczypiorek, piwo Branik, sumatrzański tytoń, tlen, węgiel, witaminy, kwasy, zasady i nic.
Wszystko wpada w czarną dziurę, zamknięte koło, pracuję żeby jeść, jem żeby pracować.
Nie jestem zadowolony ani z jedzenia ani z pracy.
Ale tchórzostwo nie pozwala mi przerwać.

6.

Nożycami stały się jak przypuszczam wybory w 1989 roku. Moje pierwsze i zarazem ostatnie wybory. Wtedy też był niedzielny poranek, szare ulice pokryte ulotkami nawołującymi do głosowania na komunistów. Cisza wyborcza złamana jak krucha gałązka, samochody jeździły przez całą noc. Pamiętam to doskonale bo tamtej nocy nie spałem. Nie to mi było w głowie.
Siedzieliśmy z Kwękaczem w moim pokoju, paliliśmy papierosa za papierosem – miałem kilka kartonów Yugo – i rozmawialiśmy o polityce. Kwękacz był prawdziwym znawcą, jego półki uginały się pod ciężarem wszystkich znanych światu ideologii. Przekonywał mnie żebym nie głosował na komunistów.Udało mu się, uwierzyłem że wszystko cudownie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieni się, a my będziemy żyć jak na amerykańskich filmach. Nie wiem czemu wtedy podobało mi się życie na amerykańskich filmach.
Wczesnym rankiem zjawiliśmy się pod budynkiem szkoły, w której miało odbyć się głosowanie. Nieogoleni, brudni, ale pierwsi. Byliśmy pierwsi. Gość wręczający mi goździki – dwa białe, jeden czerwony – miał bardzo zaskoczoną minę. Pewnie spodziewał się jakiejś miłej staruszki wybierającej się do kościoła na poranną mszę.

5.

Niedzielny poranek. Słońce prześwieca przez chmury, mokre chodniki po porannej ulewie, świeżość powietrza.
Niedziela to nie mój dzień, jest nieprzyjaznym zwiastunem znienawidzonego poniedziałku, poniedziałku w którym będę musiał zwlec się rano z łóżka, doprowadzić do porządku, otrząsnąć z marzeń, otrzepać z lenistwa i ruszyć do pracy.
Zastanawiam się czy być dumnym z tego kim jestem czy mieć do siebie i świata żal za to kim się nie stałem.
Przecięty na pół, socjalistyczne dzieciństwo kontra kapitalistyczna dorosłość.
„Godzilla kontra Hedora”.

4.

I znów w jednej sekundzie wszystko umknęło. Gdybym był wyznawcą Zen podskoczyłbym z radości pod sufit. Tak kompletną wewnętrzną pustkę osiągnąć można jedynie dzięki długookresowej medytacji.
Kompletny brak pytań i odpowiedzi. Idealna nicość.
Zewnątrz i wewnątrz.
Zewnątrz – ciała poruszające się raz szybciej raz wolniej, odpoczywające, obijające się o siebie, dotykające się czule, okładające się bez litości, poszukujące pożywienia, dotyku, wody, oddychające powietrzem, duszące się trującymi gazami, cierpiące od mrozu, upału, zmęczenia.
Wewnątrz – wahania, nastroje, emocje, tajemnice, niewidzialne nici, niewidoczne powiązania, elektryczne impulsy myśli, okręty bez sternika, zawiść, miłość, nienawiść, bezsilność.