niedziela, 26 września 2004

201.

Wczoraj rano obudziła mnie jakaś nieznajoma kobieta.
Dobijała się i dzwoniła do drzwi.
Zajrzałem przez judasza - twarz zupełnie mi obca.
Była z czarnym, małym kundelkiem obwąchującym wycieraczkę sąsiada.
Ubrana w szarą kurtkę, włosy związane z tyłu.
Nie otworzyłem.
Śmierć objawia się w różnych postaciach.

piątek, 10 września 2004

146.

Mam teraz młyn - goście, goście.
Kupili sobie kamerę Sony Digital 8 i nakręcili film pod tytułem „Jazda szwajcarską autostradą".
Film spełniał wszystkie warunki dogmy.
Swoją drogą - co to jest ta dogma, może wreszcie ktoś mądry mi wyjaśni ?
( przepraszam, że używam słów, których znaczenia nie rozumiem )
Film nakręcony został w permanentnym zbliżeniu - nie mieli pojęcia o tym jak posługiwać się zoomem, konkretniej - nie wiedzieli który klawisz.
Jedyną osobą, która zmieściła się w całości w kadrze była pewna nieznajoma blondynka wysiadająca z samochodu na parkingu - znajdowała się ( całe szczęście ! ) 600 metrów od obiektywu.
Brak scenariusza i dialogów.
Przez półtorej godziny widać mniej więcej coś takiego: niebo, szosa, ucho, skała, niebo, szosa, oko, tylna część naczepy jadącego przed nimi tira, nos, szosa, niebo, kawałek oprawki okularów.
Wszystko to drży, podryguje, trzęsie się, pływa.
Jezioro w Szwajcarii.
Ujęcie: tafla wody - kamera przesuwa się po niej, przesuwa, przesuwa - o, płynie kaczka - skupienie na kaczce, znów woda i niebo.
I ja to musiałem wczoraj oglądać aż do północy.

czwartek, 9 września 2004

144.

Przypadkowo wszedłem dziś na jedną ze stron geograficznych w Internecie.
Zacząłem czytać ile to ludzi łazi po Ziemi, ile zużywa wody, powietrza i tak dalej.
I pomyślałem sobie jak bardzo - ale to naprawdę bardzo - jest mi żal tych wszystkich miliardów ludzi, którzy nie mają możliwości - bądź po prostu z niewiedzy - nie zaglądają na mojego blogaska.

143. ( one wszystkie takie som )

Dzisiejszy poranek ogłaszam porankiem poezji przez duże P
Oto kolejne moje dzieło:
Siedzę na walizce
nogi moczę w misce
więc jednak odeszłaś
swe rzeczy zabrałaś
pomimo, że mnie tak kiedyś kochałaś
czy zapomniałaś ?
je, je, je E-DUR
mówiłaś, że miłość naszą
strażacy nie ugaszą
że, żar od naszych serc
lód stopi aż do Kielc
je, je, je B-MOL
co mam pomyśleć teraz ?
ty małostkowa suko
gdzie twe wyznania szczere
wypchaj się pipo helem
je, je, je I-KRATKAJE
za kasą pofrunęłaś
jak biedronka do nieba
i ciałem jego muskularnym
a serce to się już nie liczy, hę ?
je, je, je G-FORCE

140. ( krakowsko-częstochowska )

Ech tak Casanovą być
setki kobiet codzień kryć
szeptać, mamić i czarować
żeby później łobuzować
na złamanych sercach jechać
moralność wrzucić do pieca
mieć potencję nie z tej Ziemi
żeby wszystkie je uziemić
zrobić włosy se na wałek
by się dobrać do ich ciałek
kręcić wąsa zamaszyście
by ich piękne pieścić kiście
modlić się do Świętej Kingi
by zechciały ściągnąć stringi
pokazywać im na migi
żeby szybko zdjęły figi
zamknąć ekologów w kufrze
by wzrok utkwić w damskim futrze

a gdy przyjdzie Śmierć w czarnej szacie
rozebrać i posiąść na japońskiej macie

środa, 8 września 2004

138, 139

Dziś przyjechali z Włoch Edi i Bronia.
Tradycyjnie naprzywozili dziwnych rzeczy.
Ja - jak zwykle - otrzymałem dwa dzidziusie*.
Fiolce zafundowali stertę ciuchów.
Trafili w nasz segment czy niszę.
----------------------------------------
* dzidziuś - pięciolitrowa butla wypełniona
wytrawnym czerwonym
włoskim winem stołowym

Aa aa aa dzidziusie dwa !


wtorek, 7 września 2004

133. ( autoreklama )

Poczytałem sobie dziś - z nudów - mojego blogaska. Zrobiłem to od deski do deski.
I muszę stwierdzić, że nie mam sie czego wstydzić - blog prowadzony jest poprawnie, estetycznie, nie ma zagiętych rogów ani plam atramentu.
Nie dostrzegłem też błędów ortograficznych jedynie kilka nic nie znaczących merytorycznych, interpunkcyjnych i gramatycznych.
Zaskoczyło mnie, że niektórzy z Was są tak mili, że komentują nawet notki w archiwum co sprawia mi ogromną radość.
Ogólnie bloga oceniam na pięć z plusem - tylko dlatego, że jestem skromny.

I myślę, że z tego bloga można byłoby stworzyć kilka fajnych czytadeł - gdyby komuś się oczywiście chciało.


( Wpisu dokonano pod wpływem lektury książki pod tytułem: "Ja na TAK" autorstwa doktora habilitowanego Stefana Asertywnego z Instytutu Badań Behawioralnych w Cigacicach )

131.

Dziś przypomniał mi o sobie mój kuzyn. Wyjąłem ze skrzynki kartkę przedstawiającą wilka wyjącego na tle księżyca w pełni. Na granatowym niebie rzucał się w oczy napis: ALASKA.
Księżyc wyglądał jak namalowany pisakiem a wilk jak wycięty z jakiejś gazety w stylu National Geographic.
Pomyślałem, że chyba ciężko tam dostać normalną pocztówkę przedstawiającą góry, lasy i inne dobra tego amerykańskiego stanu.
Tak mnie zajęły rozmyślania nad kartką, że nie zadałem sobie nawet tego prostego pytania:
-Co on tam do kurwy nędzy robi ?
CO do treści.
Była to relacja jednego z Fragglesów - tego, który urządzał sobie wypady do pozaświata.

Przez tego kuzyna naszły mnie smutne refleksje.
Chyba tylko ja w tej rodzinie jestem taki nieudany. Chyba tylko mnie nic nie wychodzi. Tylko ja nie doprowadzam spraw do końca. Tylko mnie nie udało sie wyjechać na Alaskę czy do Chin.
Tylko ja nie napisałem pracy dyplomowej. Tylko ja powróciłem do nałogu nikotynowego.
Tylko ja codziennie gapię się w sufit zamiast zrobić coś przynoszącego pożytek.
Tylko mnie nie udało się popełnić samobójstwa.
Tylko ja nie założyłem własnej firmy.
Tylko ja bylem w wojsku i na izbie wytrzezwien.
Tylko mnie w tej chwili wyparowaly polskie czcionki.

poniedziałek, 6 września 2004

130.

Chciałbym żeby wszystkie informacje podawane w masmediach były fikcją.
Fikcją mającą ostrzegać ludzi przed tym do czego może doprowadzić nienawiść, głupota, brak tolerancji, politycy, pieniądze.

Ale ja dzisiaj społeczny. Jak Kazan.

128.

Czasami gdy idę rano do garażu po samochód ( jest to dziesięciominutowy spacerek ) nic się nie dzieje, ani w mojej głowie, ani na chodniku, ani na trawie.
Czasami wręcz przeciwnie - dzieje się mnóstwo.
Dziś działo się mnóstwo.
Wychodząc wziąłem ze sobą czarny foliowy worek wypełniony śmieciami. Kiedy zszedłem na dół, pod śmietnikiem - który jest u nas zamykany na klucz - czekał już gość zajmujący się zbieractwem.
Czekał aż ktoś zejdzie na dół i otworzy blaszane drzwi za którymi czają się metalowe kontenery.
Dziś wypadło na mnie.
Pomyślałem, że czuję sympatię do wielu tego typu zbieraczy.
Koło huśtawki zauważyłem leżące na chodniku otwarte plastikowe opakowanie zawierające resztki serka wiejskiego. Zachciało mi się wymiotować na jego widok więc szybko odwróciłem głowę.
Podchodząc do małego pawiloniku, w którym mam zwyczaj kupować bułki dostrzegłem stojącą na zewnątrz panią sprzedawczynię. Paliła nerwowo papierosa wykorzystując chwilę wolnego czasu. Przerwałem jej i zrobiło mi się przykro.
Kupiłem pięć dużych bułek i ruszyłem dalej.
Minął mnie szary kot. Rzuciłem na niego obojętne spojrzenie - nie kojarzył się z niczym prócz szarego kota.
Między przedszkolem a dziesięciopiętrowym blokiem przypomniał mi się strzęp dawno oglądanego filmu porno, w którym dwóch mężczyzn zajmowało się jedną kobietą.
Koło szkoły na trawniku leżała zmięta paczka po papierosach.
Za szkołą między budynkami rozciągał się widok dzikich łąk pokrytych mgłą.
Często zastanawiałem się kto jest ich właścicielem.
Łąk - nie budynków.
Dalej skręciłem w najbardziej zarośniętą drzewami i krzewami uliczkę na moim osiedlu. Przez moment poczułem się jak w japońskim ogrodzie chociaż nigdy wcześniej w japońskim ogrodzie nie byłem. Zieleń i mgła nasunęły mi skojarzenie z japońskim ogrodem, który pewnie widziałem na jakimś filmie.
W końcu dotarłem do garażu.
Wsiadłem do samochodu i nic więcej się nie wydarzyło.

piątek, 3 września 2004

124,125

Śniły mi się dziesiątki tysięcy popiskujących kurczaczków.
Ja sam byłem blondynką - mniej więcej ośmioletnią - ubraną w biały szczelny kombinezon.
W wielkim kotle bulgotała wrząca woda a ja wrzucałem do niej kurczaczka po kurczaczku.
Przygotowywałem genetycznie zmodyfikowany rosół.
W czasie gdy wrzucałam do wrzącej wody kurczaczka po kurczaczku, moi rodzice Wiesława i Henryk Kaczmarkowie uprawiali zmodyfikowany genetycznie seks na piątym szczeblu drewnianej drabiny prowadzącej na poddasze starej niepotrzebnej już nikomu stodoły.
Doskonale wiedziałam co robią bo jak na moje osiem lat byłam już bardzo mądrą dziewczynką.
Moja matka Wiesława zawsze głośno przy TYM jęczała: ACH ACH .
Nie przeszkadzało mi to.
Rozumiałam ich potrzeby - dorośli nie potrafią trzymać swoich INSTYNKTÓW na wodzy.
Ja będę inna gdy dorosnę.
Będę chłodna i opanowana.
I na pewno nie dopuszczę do siebie żadnego zwyrodniałego samca czy innego zrypa genetycznego.

czwartek, 2 września 2004

121.

Przez cały ten czas nie dawała mi spokoju jedna rzecz.
Skąd blondynka - mniej więcej ośmioletnia - pociągnięta za włosy przez chłopca - mniej więcej dziewięcioletniego – wiedziała, że jej oprawca jest zrypem genetycznym.
Zacząłem grzebać w jej krótkiej, ośmioletniej przeszłości w poszukiwaniu interesujących faktów.
Dowiedziałem się, że ma na imię Zuzanna i jest jedynym dzieckiem Henryka i Wiesławy Kaczmarków z Kunic Wielkich, miejscowości turystycznej leżącej na niewielkiej równinie między Legnicą a Wądrożem.
Henryk i Wiesława prowadzą prężnie działającą eksperymentalną fermę drobiu.
Dzięki dofinansowaniu z funduszy Unii Europejskiej stać ich na takie innowacje jak: klonowanie, aborcja, wiwisekcja – i co najważniejsze – gmeranie w genach.
Zuzia, jak większość wiejskich dzieci, pomaga rodzicom na fermie odkąd ukończyła czwarty rok życia.
Nie są to sianokosy czy jesienna orka lecz praca w białym, szczelnym kombinezonie wśród dziesiątków tysięcy popiskujących kurczaczków.
Dziewczynka doskonale potrafi mieszać w kurzych genach, posługując się zarówno mikroskopem elektronowym jak tymi wszystkimi supernowoczesnymi wirówkami, generatorami, pistoletami plazmowymi, laserami i innymi urządzeniami wymyślonymi dla dobra współczesnych konsumentów, nie wspominając już o całej plątaninie kwasoodpornego szkła.
W wolnych chwilach jest zwykłą – mniej więcej ośmioletnią – dziewczynką, ciągniętą za włosy przez – mniej więcej dziewięcioletnich – chłopców i z racji swojej zdobytej na fermie wiedzy ma pełne prawo do używania określeń takich jak ‘zryp genetyczny”.
Dziękuję za uwagę.

środa, 1 września 2004

118, 119

Jakaś popieprzona baba przywiązała psa do ławki pod moim oknem i poszła do sklepu.
Pies zaczął ujadać i mnie obudził.
Jestem wkurwiony.

Przed chwilą byłem świadkiem sceny, w której blondynka - mniej więcej ośmioletnia - pociągnięta za włosy przez chłopca - mniej więcej dziewięcioletniego - powiedziała do niego:
-Ty zrypie genetyczny !
***************
Wraz z końcem wakacji oficjalnie ogłaszam, że Epoka Piwa dobiega swojego kresu.
Od połowy września wchodzę w Erę Wina.
I to by było na tyle mojego kontaktu ( jednostronnego ) ze światem.
P.S.
Mam nadzieję, że nie będę miał dziś ferdydurkowatych snów czego i Wam życzę.
I spierdalam w otchłań, z której przypełzłem, że zacytuję pewną dawną znajomą z kanapka.blog.pl.
Kupiłem dziś gazetę "Film z Komputer Świat" z filmem "Za garść dolarów" jeśli ktoś jest zainteresowany - cena 18,50 zł.