piątek, 31 stycznia 2014

Nie wiem czemu ale mam dziwne przeczucie, że w tym cudownym roku 2014 opuszczę ten świat.

Trochę mi żal bo nie dowiem się jak się gra w Metal Gear Solid na PS 4.

No i nie wygram w konkursie na blog roku 2014. Tragedia.

Pozdrawiam przyjaciół i kumpli:

Lou
Pawła
Yaro
Vlada

i niezastąpioną maszynę do pająków


P.S.


A może bredzę. Może pożyję jeszcze ze czterdzieści lat. Cholera wie.


Dziurawy komin

Ten Bolton w nastrój wisielczy mnie wprowadził.
Nawet gołąbki na obiad nie pomogły. 
W dodatku gdzieś w kominie na dachu mam dziurę, przez którą deszczówka wpływa i płynie sobie jakimiś kanalikami po ścianach, z sufitu nad moją głową ciurkiem kapie. 
Kot ma co obserwować. Fascynują go spadające krople. 
Kap, kap płyną łzy chciałoby się zaśpiewać. 
Zgłaszałem to Angolowi landlordowi w zeszłym roku to spytał: 
-A jak deszcz nie pada to kapie ? 
Odpowiedziałem, że nie, że jak nie pada to nie kapie. 
-No to all right - odpowiedział. 
I taka gadka z angielskim landlordem. 
Czuję, że trzeba będzie stąd czmychać na wiosnę. Zmienić melinę. 

A teraz cóż mi pozostało, maszyny do pająków nie ma ( pewnie na randce ),dół ogarnia, cóż biorę się za bary z Piastem i włączę sobie jakiś radziecki melodramat. 

Wiecie co - naprawdę, już się nawet blogować odechciewa z tego wszystkiego


.

Poprzednie wcielenie

"...już umiera ta kraina tego nikt już nie powstrzyma..."

Kazik

-----------------------------------------------------------------------


Ja to musiałem naprawdę nieźle nabroić w poprzednim wcieleniu.
Właśnie wróciłem z Boltonu.
To miasto z tygodnia na tydzień robi się coraz paskudniejsze, w dodatku zmokłem, zmarzłem.
Te gęby - nie twierdzę, że moja lepsza ale przynajmniej nie muszę jej oglądać, te baby w klapkach z bosymi stopami, ten syf, brud, dziadostwo, te rozpadające się budynki, tynk odłażący ze ścian, trupi odór, szczury biegające po ulicach, chwasty ozdobione podartymi reklamówkami, zarzygane chodniki pełne petów, brudne popękane okna, witryny zabite dyktą, zdarte plakaty trzepoczące na wietrze jak gdyby w konwulsjach, pogniecione puszki i rozbite butelki, samochody z napisem clean me, wychudzone stada głodnych psów żerujące po śmietnikach, wrony i kruki krążące nad miastem, padłe konie i krowy w rowach melioracyjnych, ulicznice z krzywymi nogami...

...ech co mnie spotyka. Za co to wszystko ?

Jedyny plus tej wycieczki to fakt, że policyjny radiowóz ustąpił mi pierwszeństwa przejazdu.

Siedzę teraz i czekam aż kawa mi lekko przestygnie ale wciąż nie mogę się otrząsnąć.
Może wieczorem jakoś odreaguję, mam odtrutkę.


Podsumowanie

Tak więc Drodzy Państwo wspólnymi siłami i z Bożą pomocą dotrwaliśmy do końca tego paskudnego Stycznia. Przed nami jeszcze paskudniejszy Luty i związane z nim nowe wyzwania i emocje.
Podobno ma być jeszcze zimniej i jeszcze śnieżniej co bardzo mnie cieszy ponieważ oznacza to więcej biadolenia i marudzenia.
Chciałem podziękować wszystkim, którzy tracili swój cenny czas zaglądając tutaj nie licząc się z konsekwencjami. Wasza obecność pomogła mi przetrwać naprawdę ciężkie chwile.

Plany na Luty;

-reportaże
-konkursy
-wesołe melodie
-recenzje radzieckich filmów
-porady jak łatwo i skutecznie rzucić palenie
-receptury
-transmisje i oceny
-pussy pics

A dziś czeka mnie ciężki dzień - podróż do Boltonu i z powrotem.

czwartek, 30 stycznia 2014

Sprawiedliwość

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Wysłałem już z milion CV i żadnego odzewu.
A moja szanowna małżonka wczoraj, tak z głupia frant znalazła jakąś ofertę pracy dla siebie ( mimo tego, że ma stały kontrakt - bezczelna ) i wysłała CV.
Z tym, że zamiast podać swój numer telefonu podała mój ( złośliwość ?).
I już dzisiaj dzwonili, jak to by ona się nie przydała, jakie to oni warunki nie oferują, niech od razu rzuci tą robotę co ma i przechodzi do nich. Super.
No to ja mówię do nich, dobra, dobra panowie ale ja też potrzebuję pracy.
Mniejsza z żoną, dodałem.
Pytają co potrafię.
Odpowiadam wszystko potrafię, kroić, zgrzewać, kleić, zakładać, ściągać, popychać, ciągnąć, na drabinę wchodzić, wózkiem widłowym jeździć ( uprawnień co prawda nie mam ale przecież mogą mi zasponsorować jak mnie już przyjmą do tej roboty ), na zwierzętach z gatunku Felis silvestris catus domesticus się dobrze znam, jestem w połowie internetowego kursu Java dla początkujących, gotuję całkiem nieźle a odgrzewam wręcz wspaniale, świetny ze mnie team player, nieźle prezentuję się w garniturku, znam język polski a to przecież tu w Anglii podstawa, mógłbym jeszcze długo ciągnąć ale nie chcę przynudzać.
Rozmówca szybko w każdym bądź razie zrozumiał, że trafił na genialnego pracownika i znalazł prawdziwą żyłę złota, normalnie Eldorado czy inna tam Alaska.   
I tak przez przypadkowy wygłup małżonki może zacznę pracować, co wcale nie jest mi na rączkę bo z tym blogiem fajnie się rozkręciłem i rzeczywiście miałem już nadzieję, że wystartuję w konkursie blog roku 2014 i zgarnę jedną z głównych nagród.
Co prawda nie o nagrody tu chodzi lecz o sławę, no bo co to za nagrody, w tym roku główna to jakiś skuter marki Romet ( bez jaj ! ), przecież to skandal, za cały rok tej blogowej męczarni tylko głupi skuter.
Może w przyszłym roku będą lepsze nagrody, tak po cichu to liczę na to.

P.S.

Tak się nakręciłem tą przyszłoroczną nagrodą, że zaraz do ALDIEGO pognałem cztery browce tanie zakupując, no i pić je zacząłem. Muszę je wypić zanim żona z pracy wróci żeby nie widziała bo będzie bieda.


Odpał

Raz na jakiś czas w moim życiu pojawiają się jak ja je nazywam odpały. W zeszłym roku na przykład miałem odpał na zdrowe życie. Kupiłem maszynę do wyciskania soków i rzuciłem palenie. 
Zrezygnowałem z kawy, herbaty i alkoholu. Przestałem jeść wyroby zawierające białą mąkę, cukier i sól.

Każdy dzień rozpoczynałem od wielkiej szklany soku z jabłek, ananasa, imbiru i banana.
Żywiłem się głównie owocami i warzywami, niewielką ilością ryb i mięsa. Pieczywo jadałem jedynie pełnoziarniste. Schudłem dziesięć kilo i czułem się świetnie.

To szczęście trwało, o ile dobrze pamiętam, od maja do września.
Do pierwszego załamania nerwowego spowodowanego utratą pracy. W jednej chwili powróciły wszystkie złe nawyki a wyciskarka soków stoi teraz smutna na kuchennym blacie porastając kurzem.

Dlaczego straciłem pracę – cały czas zadaję sobie to pytanie.
Byłem przecież świetnym, niewymagającym robolem. Zapieprzałem jak automat podczas gdy inni snuli się jak zjawy. Spełniałem wszystkie prośby i żądania. Katowałem się nadgodzinami.
Za najniższą krajową robiłem podwójną robotę. 

Wszystko było pięknie do momentu kiedy na ścianie pojawiło się ogłoszenie, że potrzebują kogoś do działu sprzedaży. Trzeba było cicho siedzieć, zasuwać fizycznie i miło się uśmiechać.
Ale nie, ja głupi ambicję miałem. Zaniosłem CV i papiery.
Po dwóch dniach oczywiście okazało się, że już nie potrzebują, że dadzą sobie radę sami.
Ale od tamtej chwili zaczęły się krzywe spojrzenia, delikatne docinki i przykre sytuacje.
Jak ten polaczek śmiał w ogóle marzyć o pracy w naszym angielskim biurze.
Szef nie musiał długo czekać żeby mnie wypierdolić. Miałem beznadziejny kontrakt przedłużany co trzy miesiące zawsze z obietnicą, że ten następny będzie już na stałe.

Odszedłem oczywiście z honorem, nie błagając o litość i takie tam.
Przecież nie ma sensu pracować w miejscu, w którym cię nie chcą.


Nie tak miała wyglądać ta notka ale co tam, zachciało mi się trochę wyżalić, później będę się tego wstydzić.



Zimno

Wczoraj wypiłem butelkę czerwonego wina, snułem plany, miałem pomysły, żonie zaproponowałem obiad w dobrej greckiej restauracji a dziś czuję się jakiś taki neutralny.
Nie mam doła, wszystko po mnie spływa, niczym się nie przejmuję.
Nie myślę o przyszłości ani o przeszłości.
To straszne. Okropne.
Kompletna pustka.

Jest zimno.


środa, 29 stycznia 2014

Niewolnicy Systemu

A propos poprzedniego wpisu.
Sami pomyślcie niewolnicy Systemu.
Narzekacie, że szef Was gnębi. Że zmuszają do pracy w nieludzkich warunkach.
Że za spóźnienia opierdol i groźby. Karzą dźwigać. Zmuszają do pisania sprawozdań po godzinach.
Że jesteście w drugim tygodniu ciąży a oni wymuszają na Was żeby wciąż pracować.
A tu warunków nie ma. Muchy latają. Gaśnic nie ma. Wyjścia ewakuacyjne zamurowane.
Zimą dach się może zawalić.
Wentylatory nie działają latem. Grzejniki w czasie największych mrozów.

 Nie ma się komu poskarżyć.
PIP-a przychodzi i wychodzi obładowana łapówkami.
Musicie na ZUS haracz płacić.
Jęczycie, ciamkacie, biadolicie.

A gdybyście wszyscy jak jeden mąż zwolnili się z pracy w tym samym dniu ?

Pomyślcie jak ta niewygodna i krępująca sytuacja wpłynęłaby na Waszych pracodawców.
Ba pracodawców, na całą gospodarkę.
Jak ci wszyscy wielcy prezesi, szefowie, kierownicy błagali by Was o powrót.
Jak zarobki by wzrosły a warunki pracy się polepszyły.

Nie żądam wiele. Trochę logicznego myślenia i dobrych politycznych wyborów.
Głosujcie na Guerilla Magilla i jej przywódcę, zaprawionego w bojach partyzantki miejskiej BYDLOGA - CZEGEWARY blogowania.

I pamiętajcie. UBIK dobry na zło wszelakie.




Post Apokalipsa Now

Właściwie to cieszę się, że nie mam pracy.
Nie muszę zapieprzać dla jakiegoś dziada za gówniane pieniądze.
Albo dla jakiejś korporacji.

Mogę sobie książkę postapokaliptyczną w spokoju pisać. 
Winko popijać.
Kto wie może Pulitzer z tego będzie albo jakiś Alzheimer przynajmniej.

Inspirację czerpię z tego co mnie otacza.
Prawdziwe postapo.
Wypisz wymaluj Boska Komedia.




Poranek

Zasnąłem o nieskończoności Wszechświata
obudziłem się w skończoności kanapy
czas zmanipulowany
skradziona godzina
pusty Proust
kończy się chrust
fiuta* łyk



fiut - tradycyjny sok z buraków

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wstałem dziś słaby i kruchy jak płatek śniegu.
Nie miałem nawet sił łóżka pościelić ale zęby zagryzłem, jakoś zmobilizowałem się wewnętrznie i udało się. Dzień jak zwykle rozpocząłem od prania mózgu. W BBC stare raszple stetryczałymi głosami podawały najnowsze wiadomości. Normalny zlot czarownic.
Naszło mnie nad życiem moim zastanawiać się, analizować, debatować z samym sobą.
Nad pisaniem: dla kogo, po co właściwie, w jakim celu, czy wartość jakaś, czy ślad zwyczajnie zostawiam.
Sen tej nocy miałem, że coś pięknego stworzyłem, coś niebywale literackiego, ale sen to był tylko, a nawet mimo tego, że to sen był tylko i tak nikomu się nie podobało.
Gdybym pisał jak zrobić żeby bateria w smartfonie długo trzymała lub jak przygotować dobry kompot z gruszek, to miałbym szanse nawet blogiem roku 2014 zostać.
Mógłbym pisać jak dobre są produkty firmy X lub jak wypromować bloga czy zarobić pieniądze przez Internet.
Ale wtedy nie byłbym sobą lecz dziewką sprzedajną.
Mówią, że żadna praca nie hańbi a ja nie słucham i wybredny jestem.
Dlatego wciąż na zasiłku siedzę biadoląc, winę na czasy zwalając, na świat, na ludzi, na system.
A to przecież moja wina, że jestem gdzie jestem i robię co robię.
Wina mojego lenistwa.





wtorek, 28 stycznia 2014

Pan Domu

No dziś to jestem prawdziwy pan domu.
Zrobiłem jajecznicę, zjadłem, umyłem patelnię i talerz.
Kosze ze śmieciami wystawiłem.
Kot narzygał mi na buta, posprzątałem.
Do sklepu pomknąłem moknąc w angielskim deszczu.
Banany, chleb i bekon zakupiłem.
Prawdziwy pan domu.
Myślę, że mógłbym otworzyć małą kawiarenkę częstując klientów kawą, jajecznicą i wydrukowanymi na fotograficznym papierze notkami z mojego internetowego dziennika.



Morze

Morze to moja pierwsza i najgłębsza miłość. Gdy byłem dzieckiem wielka rock’n’rollowa pielęgniarka wciągnęła je do strzykawki i wpompowała w moje żyły. Dotarło do serca, zalewając swoją zielenią, szarością i błękitem
Jego ruch, szum, zapach, ciągle w mojej głowie, gdzie nie pójdę i gdzie nie jestem ono jest ze mną. 

Kocham je bezinteresownie, nie proszę o pomoc w łapaniu białego wieloryba czy złotej rybki - chcę po prostu żeby było i cieszyło mnie słoną tajemnicą.






Kawa i papierosy


Te papierosy są takie popularne
Klubowe Caro i Carmen
I chwile takie są że zwykły populares
Jest ponad wszystko űber alles

populares űber alles

Uliczni chłopcy dłońmi chronią ogień
Już nie ma sensu im tłumaczyć czegokolwiek
I jeśli nawet już się na coś załapali
Dopiero ma to smak gdy się zapali

W kawiarni choćby i nie palił każdy pali
Bo się poznali zakochali i rozstali
Dziewczyny w ciąży i faceci z rakiem krtani
Po prostu muszą palić jakiś model tani

populares űber alles 

Tak płyną godzina za godziną
W kwaśnym dymie dzień za dniem lata płyną
Bo chwile takie są że zwykły populares
Jest ponad wszystko 

Populares űber alles 

tekst zespołu Homo Twist


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------



Kawa i papierosy są moimi nieodłącznymi towarzyszami od zawsze.
Nie jest to powód do dumy – systematycznie niszczą zdrowie dzień po dniu.
Przeraża mnie myśl o tym jak wyglądają płuca palacza więc myśli takie szybko odganiam.
Kawa, kaweczka, kawunia i papierosek do tego pyk, pyk.
Poranny zestaw szczęścia.

Wracając wstecz do czasów dzieciństwa mogę powiedzieć, że wychowałem się w oparach dymu tytoniowego. Palili wszyscy: ojciec, matka, dziadek, babcia, ciotki, wujki, sąsiedzi.
Nikt nie przejmował się tym, że pali przy dziecku skazując go na bierne wdychanie tej rozkoszy.
Palili zapijając dym litrami kawy.

Kto wie, może już wtedy się uzależniłem.


Mój pierwszy papieros to jakiś albański śmierdziel zapalony upalnym latem.
DS – taka była nazwa o ile dobrze pamiętam.
Trzeba było zacisnąć zęby i wciągać dym z tego bydlaka.
Nie mam pojęcia co mnie podkusiło. Zakazany owoc, młodzieżowy bunt, zwykła głupota.
Zresztą w tamtych czasach nie bębniło się tyle o szkodliwości palenia, nie było tych ślicznych zdjęć na paczkach papierosów.
Słuchałem wtedy Dezertera, TZN Xenny, Kryzysu, Sex Pistols i Exploited.
Chodziłem w wysokich czarnych glanach katując stopy nawet w trzydziestostopniowych upałach.
Wręcz nie wypadało nie palić żeby uzupełnić ten wizerunek. Trzeba było chociaż udawać.

Później były Caro i Radomskie podkradane rodzicom.
Papierosy owe sprzedawane były w miękkich opakowaniach, odklejało się delikatnie spód paczuszki, wyjmowało jeden albo dwa i zaklejało z powrotem.
Matka później mówiła do ojca:
-Patrz jacy złodzieje, w paczce osiemnaście papierosów zamiast dwudziestu.
Można było w to uwierzyć, w tamtych czasach zdarzały się gorsze przekręty.
Kawę pijałem wtedy parzoną „po turecku” sucie doprawioną słodkim, ruskim skondensowanym mleczkiem w puszce. Do kawy obowiązkowy papieros albo dwa.

Kiedy nałóg tytoniowy wciągnął mnie jak bagno, przerzuciłem się na Popularne.
Były najtańsze i naprawdę bardzo popularne. Bezfiltrowe cudeńka.
Na podwórko wynosiłem kaseciaka, słuchaliśmy z kumplami  dostarczonych świeżo z Jarocina nagrań i paliliśmy jednego za drugim. Ostatecznie no future więc czym się było przejmować.

Minął punkowy boom, gust muzyczny się zmienił, w głośnikach pojawiły się Joy Division, Velvet Underground, David Bowie i The Doors - zmieniły się też i papierosy.
Wielkim hitem okazały się jugosłowiańskie Yugo i bodajże polsko - bułgarskie Wiarusy. Zaczęły się osiemnastki, alkohol lał się strumieniami a zgaszone pety wypełniały tysiące popielniczek.


Później czasy studenckie, kawiarnie pełne dymu, koncerty, filmy, literatura.
Jak tu nie palić kiedy wszyscy twoi bohaterowie srebrnego ekranu kopcą jak parowozy.
Na przykład taki Mickey Rourke w filmie „Angel Heart”. Palił Camele bez filtra w miękkim opakowaniu.
Kiedy wyszedłem z kina moją obsesją stało się zdobycie takich Cameli.
I udało się. Trafiłem na nie we wrocławskim Pewexie.
Jaki dumny byłem wyciągając pomiętą paczkę w studenckiej knajpie.
A najpiękniejszy film o miłości pod tytułem „Casablanca” ?
Oglądając ma się wrażenie, że dym unosi się z ekranu.
Nie potrzeba efektów 3D.

Nie sądzicie, że bez papierosów świat kultury i sztuki byłby o wiele uboższy ?


Do trzydziestego roku życia nigdy nie przyszło mi do głowy żeby rzucić. Nigdy o tym nie myślałem.
Paliłem uważając to za coś najnormalniejszego na świecie. Było mi z tym dobrze.
Pamiętam kiedy mój dziadek trafił na oddział intensywnej terapii najbardziej żal mi było, że nie będzie sobie chłop mógł już zapalić. Palił dwie paczki dziennie dopóki nie znalazł się w szpitalu a zaraz po tym na drugim świecie.

Kiedy dowiedziałem się jakie są skutki, kiedy zyskałem świadomość szkodliwości stałem się najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na świecie.

Od tamtej pory żyję w strachu, który odbiera mi całą przyjemność.


poniedziałek, 27 stycznia 2014

Strach

Boję się naprawdę wielu rzeczy. Jestem cholernym neurotykiem.
Boję się wałęsaków brazylijskich, szerszeni azjatyckich, kobiet w ciąży, zębów ukrytych w ścianie, ludzi mówiących innymi językami, transseksualnych posłanek, obszczanych łóżek, szpitali, seriali o szpitalach, kardiologii, nowotworów, niewyraźnych fotografii, olimpiad zimowych, zwietrzałego piwa, supermarketów jesienią, meksykańskich potraw, chińskich tortur, agencji pracy, bycia komiwojażerem, facetów od polis ubezpieczeniowych, kobiet z sekty Avon, współczesnych polskich zespołów rockowych, ciepłej wódki z gwinta, snów o włosach, eutanazji zwierząt.


Ale największy, wręcz atawistyczny lęk odczuwam przed tym, że mój blog mógłby nie wygrać w konkursie na blog roku 2014.


Cyrograf

Czasami się zacinam. 
Nie żebym się jąkał, ale na twarzy pojawiają się krople krwi. 
Wtedy nie wiem o czym pisać ale pisać muszę. 
Muszę pisać zgodnie z ulubionym powiedzonkiem mojej mamusi: 
Pies jak się nudzi to jajka liże".  
Ja nie dosięgam, więc pozostaje pisanie.

Przed wieczorem dotarliśmy do tajemniczej osady, w tajemniczym lesie pod czarodziejską górą, na której szczycie wznosił się tajemniczy czarodziejski zamek. 
Góra była nudna, ciekawszy był zamek. 
Jedna z piorących w rzece skarpetki kobiet spytała mnie czy to ja jestem tym oczekiwanym geometrą. 
Odpowiedziałem, że nie. 
Że jestem nieoczekiwanym i nieuniknionym nieszczęściem a imię me brzmi Nemezis.
Wskazała nam drogę do gospody. 

W końcu w każdej, nawet najgorszej czy najlepszej powieści bohaterowie muszą odpocząć, wyspać się i poprawić makijaż. 
Nie mówiąc już o jedzeniu, wydalaniu i higienie osobistej. 


Gospoda była typowa, wszystko było typowe, drewno i wszechogarniająca głupota. 
Śmierdziało kiszoną kapustą, pachniało zrazami po polsku, a w kącie siedział bard i brzdąkał na Fenderze. 
Jedyną żarówką w tym ciemnym stłumionym pomieszczeniu była córka gospodarza, piękne blond dziecię o twarzy anioła. 

Blondyna z gospody okazała się sukubem. Ja byłem Henno Zębatym i Eadrykiem Dzikim w jednej osobie. Leżała pode mną próbując usidlić moją niewinną duszę. 
Były na nią metody: bała się święconej wody, krzyża i cytatów z Szekspira. 
Ale ja byłem za słaby, nie nadawałem się do roli dowódcy obozu koncentracyjnego w Sztutowie. 
Przy śniadaniu mówiła: 
- Kocham Cię - patrząc prosto w oczy i uśmiechając się niewinnie. W porze obiadowej oddawała się innemu, a wieczorem wracała notując swoje zdobycze na fałdach jej pomarszczonego mózgu. Zakochałem się jak głupie dzikie dziecko, byłem ślepy i szczęśliwy. Nawet gdybym spostrzegł, pewnie bym nie zauważył. 
Diabelska robota, hope you guess my name
Była niezwykle dumna ze swojej władzy, chodziła z podniesioną głową i odkrytym biustem. Zaklinała się, że jest tylko zwykłą, uczciwą dziewczyną z biednej gospody. 
Kłamała jak z nut, mówiła że pracuje w Urzędzie Kontroli Jakości podczas gdy w rzeczywistości tańczyła nago przy metalowej rurze w Morskim Oku. 
Kradła bułki i książki, raz przyniosła powieść o Mistrzu i Małgorzacie mówiąc, że muszę przeczytać, że koniecznie, porównywała nas do postaci wyjętych z kartek tej książki, przyrzekała że to o nas. 
Ja wierzyłem w każde jej słowo, poczułem się Mistrzem, byłem przepełniony uczuciem jak tramwaj ludźmi w godzinach szczytu. Gdy wyjęła cyrograf bez chwili wahania przegryzłem aortę i złożyłem podpis krwią. 
Wiedziałem, że przy niej jestem nikim. Przegryzioną aortę przewiązałem bandażem mojej miłości. 
Byłem jak pies, który ma właściciela sadystę, im bardziej bity tym bardziej przywiązany. 
Krępująca sytuacja. 
Czasami wyłamywałem kraty tego związku i uciekałem na jak mi się wtedy wydawało „wolność”. Ale tam nie mogłem oddychać, płuca odmawiały posłuszeństwa a serce zwalniało rytm.

Ocean obojętności

Bojowe fluidy zgasły a ja tonę w oceanie obojętności, kocem się przykryłem oddzielającym mnie od całej reszty. Ascetycznie dzień spędzam snując jakieś mrzonki, że niby jutro to zrobię lub owo.
Jutro jest tak odległe, że mam sobie prawo tak snuć.
Na zewnątrz wiatr porusza krzakami a kot tłucze ogonem w parapet.
Widzi rzeczy, których ja nigdy nie dojrzę, kocie wizje.
Nudziarz ze mnie.
Fabuły zabrakło.
Dialogów też.



Zabójczy nastrój

Dzisiaj mam twarz pomalowaną w barwy wojenne, pragnę zabijać, mordować, kąpać się w krwi moich ofiar. 
Płynę przez miasto jak Anioł Śmierci i ciach, ciach, tu głowa leci, tam korpus, jeszcze dalej noga. 
Zakład oczyszczania miasta nie daje sobie rady z usuwaniem tego czerwonego płynu, który w organiźmie spełnia bardzo ważne funkcje, a teraz wylany na zewnątrz staje się wysychającą trucizną. Do akcji włączają się strażacy, żołnierze i szczurołapy. 
Jakaś starsza pani z reklamówką pełną kiełbasy zwyczajnej patrzy jak nadlatuję krzycząc: 
- To wysłannik Boga ! To za te wasze świerszczyki po kioskach, za zdrady małżeńskie, za upadek wartości !
Biorę zamach, a z ust wypływają mi słowa: „ Bóg umarł ty głupia suko ! Nie wiesz ? O Nietzschem nie wiesz ?". 

Jej stary siwy łeb toczy się po chodniku z wybałuszonymi ze zdziwienia oczami. Na reklamówkę z kiełbasą rzucają się diamentowe psy walcząc i warcząc o każdy kęs. 
Jej ciało leży obok parkometru, podfruwam lekko, jej głupia śmierć napełnia mnie jak balon helem, wrzucam monetę a czas ustawiam na dwie godziny. Wznoszę się o metr, wyciągam Canona, pstrykam fotkę i wołam przez telefon komórkowy do pomocy Conana. Odlatuję lawirując między plątaniną linii tramwajowej. 
Przy sklepie z używaną odzieżą zaczynam się klonować. 
Przez otwór w czole wylatują ze mnie Szwadrony Śmierci, jestem ich lotniskowcem, ich mamusią, ich Kittyhawkiem najukochańszym. Nie czuję nienawiści, zabijam bo to mój zawód, bo mi za to płacą, bo to lubię. 
Zabijanie to sztuka, nie liczy się cierpienie ofiar, najważniejsza sprawa to dobrze prezentujące się fotografie.




niedziela, 26 stycznia 2014

Prośba

Oprócz sporadycznych myśli o śmierci w męczarniach, beznadziejności szarej egzystencji i samobójstwie dzień mija nadzwyczaj pozytywnie i spokojnie. 
Byliśmy z żoną na spacerze do bankomatu, taki spacer to świetna rzecz - można znaleźć portfel bądź zegarek. 
Wziąłem aparat fotograficzny chcąc uwiecznić angielski smród, brud i ubóstwo. Nie udało się jednak zrobić ani jednej fotografii ponieważ bateria była rozładowana. 
Mała strata. 
Po spacerze odbyłem długą rozmowę telefoniczną z przyjacielem z Polski. W maju kończy sześćdziesiąt lat - co potwierdza moją teorię, że różnica wieku nie wpływa ujemnie na nadawanie na tych samych falach
Opowiedział mi historię o swoim sąsiedzie z bloku, który w zeszłym tygodniu wywiesił na drzwiach wejściowych do budynku taką oto informację: 
UPRASZA SIĘ O NIERZUCANIE PETÓW PRZED KLATKĄ SCHODOWĄ 

Pod napisem tym umieścił on swoje imię i nazwisko. Jak myślicie, czy prośba ta odniesie jakiś skutek ?

Odbiło mi się bekonem i otworzyłem oczy. Byłem odhibernowany nadgrawitacyjnie
Zresztą i tak nie znam się, kurwa, na fizyce. 
Na niczym się nie znam. 
Wiem tylko jedno: „Bóg umarł." 
Nie chce mi się naśladować Viana. 
Nawet nie umiem. 
Nie umiem nawet naśladować. 
Kiepsko kopiuję. 
Wciągam papier i rozmazuję. 
Nie potrafię iść w czyjeś ślady. Kiepski ze mnie tropiciel. 
Nie jestem Bogiem. Nie potrafię tworzyć. 
Jestem dobry w oddychaniu - trenuję na dymie tytoniowym - i niezły w trawieniu. 
Mam piątkę z kopulacji. Gorzej mi idzie z chodzeniem. 
Za to bardzo chwali mnie pani od widzenia. Powiedziała, że może wezmę udział w Olimpiadzie Okulistycznej. 
No i węch. Też nie za dobrze. Chociaż smród czuję zawsze. 
Szef przychodzi i pierdoli moje natchnienie penisem zestawień i statystyk.
Co do smaku, egzamin zdawałem w niedzielę. 

No - przeciętnie mi poszło. 
Ogólnie odróżniam, ale żeby szczegółowo, to nie, raczej nie. 
Zmysłów jest pięć. 
Czyli tu nie chodzi o zmysły. 
Ale to nic, jeżeli tego nie pojmuję, pierdolnę głową w ścianę czteropiętrowej poniemieckiej kamienicy i ugryzę Dudka w ramię przez brązową skórzaną kurtkę do krwi.

Jak może odbijać mi się czymś czego nie jadłem. 

Chyba szajba mi odbija. 
Na patelni przeznaczenia smażę moją śmierć ze szczypiorkiem. Nie boję się tego straszenia o wirusach. To tylko mdłe gadki polane dziennikarskim napięciem przedmiesiączkowym. Różne części mojego organizmu żądają ode mnie niemożliwego. 
Żołądek dopomina się swoim bulgoczącym głosem pożywienia, a głowa dręczącym bólem błaga o sen.
Muszę ochłonąć. 

Muszę się uspokoić. 
Muszę zasnąć w czasie pisania.




Moralny niepokój

Mój blog zaczyna przypominać kino moralnego niepokoju.
Czy o to mi chodziło ?
Przynajmniej ma jedną czytelniczkę.
Ja sam upodabniam się do Nicolasa Cage'a w "Zostawić Las Vegas".
Wypiłem dwa piwa a żona odradza mi pić więcej.
Kocha.
Nie byłem w stanie wsiąść do samochodu więc spacer odbyłem w celu zakupu papierosów.
Minąłem parę na tandemie, psie gówno i kolesia, który przypominał Pawła z Polski.
Zapętlony cykl wbijania kodu PIN na stacji benzynowej.
Pogoda monstrualnie smutna i tragiczna.
Impreza wczoraj udała się.
Nie spodziewałem się, że usłyszę stare kawałki Fleetwood Mac.
Pojawiły się nastroje antysemickie, totalna krytyka polskiej sceny politycznej i trawa.
Sympatycznie.
Nie było rzygów i mordobicia.
Cudownie.
Kot zawinął ogon pod dupę i poszedł spać na górę kompletnie obrażony.


Lustro

Namofarg, namofarg, namofarg, redrum, namofarg, namofarg, redrum, awruk.
Artnamajomot.
Patrzyłem o północy w lustro. 

Jak głupi? 
Wokół ciemność poprzecinana smugami świateł z latarni ulicznych za oknem. 
Udowodnij mi, że istnieje świat równoległy. 
Pokaż się. 
Nic.
I wciąż nic. 
Pustka. 
Nie powiesz nawet, że jestem najpiękniejszy na świecie? 
Nie lubisz kłamać, wiem, wiem. 
Tylko twoje krzywe siostry kłamią.
Czołgam się po zakrwawionym dywanie, sięgam jej stóp odzianych w czarne skórzane wysokie buty.
-Jestem twoim psem - mówię. 
Uśmiecha się.
-Jesteś paskudnym skurwysynem.
Ma moją twarz, ale nie moją figurę. 

Nie moją płeć. 
Ale podobnie do mnie nie posiada duszy.
„To dowodzi, że nie jestem starym żelazkiem" jej myśl wpełza mi do mózgu przez ucho środkowe.
Młotek napierdala w kowadełko. Bębenek dudni basowymi brzmieniami.
-Lubię pić krew z pomidorów.
Szkoda czasu. Czas stracony. Poszukiwania zakończone. Zwłoki pozostają w mule rozdymając się do nieskończoności.
Artnamajomot.
Namofarg, namofarg, namofarg, redrum, namofarg, namofarg, redrum, awruk.




sobota, 25 stycznia 2014

Batman

Już mi lepiej.
Zjadłem krokieta popijając barszczem. 
No i znalazłem sobie zajęcie. Oglądam animowanego Batmana na HBO.
Oglądam i okazuje się, że moja fascynacja komiksem minęła.
Oglądam więc bez zaangażowania.
Czekam na imprezę urodzinową.
Będą Polacy i Jack Daniels. 
Trzeba to będzie jakoś przeżyć, zwłaszcza tych Polaków.
Małżonka namawia, żebyśmy ulotnili się z domu na jakieś dwie godziny.
Żeby młode towarzystwo mogło poczuć się swobodnie, bez zgredów i dziadostwa.
Kino odpada bo nie grają żadnego horroru klasy c.
Zostaje supermarket.
Ale kurwa rozrywka.


Sobota

Okropna ta sobota.

Na zewnątrz szaro i mdło a ja nie wiem co ze sobą zrobić.
Nudliwie i rzygliwie, w dodatku pęka mi głowa od wypalonych wczoraj papierosów.
Napiłbym się kawy ale wysłałem młodszego do sklepu to przyniósł bezkofeinową.
Boże, widzisz i nie grzmisz.
Poszedłbym sam ale nie jestem w stanie wyjść.
Wstręt czuję do tego co za oknem.
Jestem wrażliwym starcem o mentalności dziecka na dwóch ibuprofenach i szklance wody.




Pogoda

Lubię sobie tak po prostu stać, palić papierosa i gapić się na otaczające projekcje. Odgradzam się ciemnymi okularami, chcę mieć chłodne oczy, chłodne jak woda w górskich jeziorach. 
Samo gapienie nie wystarcza. Trzeba umieć widzieć. 

Pociągają mnie: lustra, woda, ogień, zieleń, drzewa, miasta nawet w nocy tętniące życiem, nieznajome kobiety, krew, śmierć, wojna, napisy pojawiające się znikąd, faceci w maskach, sprzężenia gitar, alkohol i narkotyki. Części z tych rzeczy nie doświadczyłem, nawet nie musnąłem, interesują mnie jedynie w teorii. 
Lubię wymieniać. Wymieniać po dwukropku, wymieniać stare na nowe, wymieniać uprzejmości  i przysługi. 
Piszę o sobie, chociaż siebie nie znam, ale innych nie znam jeszcze bardziej. 
Nocne odgłosy dobiegające z ulicy wmaszerowują mi do ucha przez sen. Pocę się myśląc o porannym wstawaniu. 
Myślę o człowieku, który jest Władcą Pogody. Gdy rano wychodząc z domu zabiera parasol pada deszcz. 
Kiedy wskakuje w krótkie spodenki świeci słońce. 
Spotkałem go kiedyś na wzgórzu pokrytym czapą białego śniegu. Miał na sobie kąpielówki i płetwy. 
- Co się stało ? - spytałem. 
Nie powiedział nic, a Pogoda szepnęła mi do ucha: 
- Przestał na mnie działać. 
Chwilę później odeszła, zupełnie załamana. 
Parę kilometrów dalej stary profesor opowiadał grupie studentów Uniwersytetu Wrocławskiego historię głazów i kamieni. Podobno powstały one z gór, które rozsypały się pod wpływem czynników zewnętrznych.
-Tu kiedyś były góry, tam kiedyś było morze, obok był kiedyś fajny kiosk z piwem a tam gdzie teraz jest spożywczy była drogeria. Wyjąłem z plecaka kawałek mlecznej czekolady, od górali dowiedziałem się, że pomaga na ciśnienie w uszach. 
W górach czas stanął w miejscu. A może by tak wybudować chatę i cieszyć się wiecznym życiem na świeżym powietrzu ? 
Złuda, złuda, złuda. 
Tu na pewno kiedyś będzie morze. Tu musi być morze. 
Oprócz chaty musiałbym wybudować arkę, a niedokładnie oglądałem programy Adama Słodowego. 
Poza tym mam dwie lewe ręce. Nawet wymianę żarówek zlecam specjalistom. 



piątek, 24 stycznia 2014

Bieda z helem

Właśnie wróciłem z drugich w dniu dzisiejszych zakupów, tym razem nieco większych - w związku z planowaną na jutro imprezą urodzinową mojej starszej latorośli. 
Siedzę przy nagrzanym do czerwoności kaloryferze, popijam zimnego niepasteryzowanego Kasztelana i pragnę podzielić się z Wami pewnymi refleksjami. 
 Zakupiliśmy trochę alkoholu, jakieś zakąski i między innymi – wiem, to głupie ale to nie był mój pomysł – urodzinowe baloniki z liczbą 21. Otóż przy kasie pojawił się problem. Mianowicie sklep zobowiązany jest napełniać tego typu baloniki helem a pani kasjerka poinformowała nas, że niestety ale: 
-I am very sorry but we are short of helium at this moment in England
Znaczy się, że z helem w Anglii teraz bieda. 
Przynajmniej wyjaśniło się kto zaopatrzył Putina i Tuska. 
Cholerni Angole, którzy od zawsze wbijają nam Polakom nóż w plecy.



Suplement

Dodaję suplement do poprzedniej notki. Żeńska ortodoksyjna odmiana ciapatych nazywana jest przez Polaków ninja.


Bolton

Chcąc nie chcąc spędziłem dwie godziny w Boltonie, ponieważ jak zwykle byłem przed czasem.
Nie wiem co ja mam za obsesję na punkcie spóźniania się ale po prostu mam i zawsze cierpię z tego powodu zarówno fizycznie jak i psychicznie
Przybyłem za wcześnie więc zmuszony byłem do wdychania szarej, brudnej, przygnębiającej, można byłoby posunąć się jeszcze dalej i powiedzieć turpistycznej atmosfery tego miasta.
O tej porze roku wrażenia te podwajają się a może nawet potrajają więc jest naprawdę nieprzyjemnie.
Miasto Bolton powszechnie uważane jest przez Polaków za siedlisko ciapatych a według mnie jest to brudna dziura w dupie Manchesteru.
Ciapatymi bądź ciapkami nasi rodacy nazywają Hindusów i muzułmanów wszelakiego rodzaju; dla odróżnienia Anglików nazywają angolami a siebie samych polaczkami.
Urząd, w którym miałem się pojawić znajduje się vis-a-vis kasyna gier o wdzięcznej nazwie Mecca ( co na to muzułmanie, czy ta nazwa nie obraża ich uczuć religijnych ? ) i nieopodal miejskiego targowiska, po którym trochę się pokręciłem oglądając różnego rodzaju owoce, warzywa, mięsiwa i ryby.
Długo to nie trwało bo zaczęło mnie mulić od panujących tam niepodzielnie rybich i mięsnych zapachów.
Zauważyłem małą ciekawostkę, w barze z kanapkami usytuowanym przy targu sprzedają Polish style rye sandwich za 3,79 - ciekaw byłem co to takiego ale powstrzymałem się i nie kupiłem.
Okrążyłem jeszcze kilkakrotnie budynek wspomnianego urzędu, spalając przy tym dwa papierosy, ziąb dawał się we znaki, lodowaty wiatr naprawdę paskudny dzisiaj.
Sprawę załatwiłem szybko i sprawnie, w drodze powrotnej zatrzymałem się przy polskim sklepie, listę zakupów rozszerzając o cztery niepasteryzowane piwa Kasztelan i flaczki zamojskie w słoiku.
Przed samym domem omal nie przejechałem kota - przebiegała łajza przez ulicę w niedozwolonym miejscu.
Szczęście, że jeżdżę z umiarem bo do końca tygodnia miałbym wyrzuty sumienia.

Teraz siedzę w domu, mam zamiar pobawić się tagami na blogu i wypić świeżo zaparzoną kawę.