piątek, 28 lutego 2014

Sprawa ukraińska a blog 2013

No i co, Drodzy Państwo.
Powybierali jakieś beznadziejne blogi między sobą a Wy oblizaliście się smakiem.
Zadałem sobie dzisiaj trud zapoznania się ze zwycięskimi blogami i muszę z przykrością stwierdzić, że to musiała być jakaś ustawka. Nie wiem na jakich to wszystko odbywało się zasadach, chyba podobnych do zmiany władzy na Ukrainie. 
W każdym bądź razie te blogi, które brały udział w konkursie a są u mnie w linkach - te blogi są o niebo lepsze od tych "zwycięzców".
Najbardziej rozbawił mnie fakt z życia autora jednego ze zwycięskich blogów ( jak oszczędzać pieniądze czy coś w tym stylu ). Mianowicie gość ten porzucił ( rzekomo ) świetnie płatną robotę tylko po to żeby za o wiele mniejsze pieniądze prowadzić swojego bloga. No to taki jeden z weselszych akcentów tej całej hecy. 
W ten oto sposób to niewielkie wydarzenie zmieniło mnie w typowego hejtera.

I tak to z głębokim smutkiem muszę podsumować ten paskudny luty i życzyć nam wszystkim spotkania się w marcu.
Będzie jeszcze smutniej, jeszcze bardziej depresyjnie i już teraz mogę obiecać, że będzie więcej tego co wszyscy przecież tak bardzo kochamy - czyli jałowego, banalnego biadolenia i pieprzenia o dupie Maryni. 

A jutro od samiuśkiego rana czeka mnie wielka afera bo wiozę kota do weterynarza - a to niełatwa sprawa.

P.S.

A to, że przez Was nie miałem wczoraj pączków zapamiętam sobie do końca życia. Małpka Fykum Mykum, pies chory na lewe oko i dynamicznie rozwijający się rynek telefonów komórkowych także.
Nie mówiąc już o całej Guerilla Magilla.


czwartek, 27 lutego 2014

Niekontrolowany napad szału

Naprawdę musiałem się zmusić żeby napisać chociaż te kilka słów. A idzie to pisanie ciężko, oj ciężko. Tydzień mija nijak, znika w dziurawej przeszłości a przyszłość wygląda jak odbicie w lustrze przeszłości. Samo życie jak droga, zostawiam asfalt za sobą a przede mną taki sam asfalt. Jedyna niewiadoma to kiedy i jak ta droga się skończy. Czy będzie to zerwany most czy po prostu komuś zabraknie środków na budowę drogi a ja zatrzymam się gdzieś pośrodku niczego.
W poniedziałek miałem niekontrolowany atak szału, w ruch poszedł kubek i talerzyk. Szczęście, że obyło się bez świadków, kot spał dyskretnie na górze. Zbiegł co prawda na dół słysząc hałas ale nie skojarzył co się stało.
Generalnie to chujnia mrok ziąb zima sukin kot ale mokry.

P.S.

Ponieważ dziś tagiem dnia na blog.pl jest "związek" pragnę wspomnieć, że Związek Radziecki to było prawdziwe mocarstwo.



poniedziałek, 24 lutego 2014

Wstręt

Mógłbym napisać, że za bardzo się obżeram, że właśnie oparzyłem sobie język kawą, że najwyższy czas umyć głowę bo łupież sypie się na klawiaturę. 
I tu dochodzę do kwestii czy wciąż chce mi się cokolwiek pisać. 
Codzienne banały wystawiane na widok publiczny - czy one mi w czymkolwiek pomagają ?
Ogarnia mnie jakieś obrzydzenie do tego mojego blogowania. 
Z każdym kolejnym słowem mam coraz większe mdłości.
Muszę się powstrzymać zanim wyrzygam się na ekran.


niedziela, 23 lutego 2014

Wypracowanie na temat jak spędziłem sobotę.

Przez ostatnie dwa dni nie byłem sobą. Ten euforyczny nastrój, te głupie wpisy na blogu. 
Dziś jest już normalnie. Wiatr rozwiał cały nieuzasadniony optymizm. 
Wczoraj cały dzień zmarnowałem na oglądanie polskiej telewizji. Zastanawiam się dlaczego 99 procent reklam to reklamy leków. Zapchane żyły, prostata, nikotynizm, syropki dla starców, ulga dla wątroby, podniecacze dla konsumentek pigułek antykoncepcyjnych, pastylki na gardło. Jebany Ubik. 
Sobota minęła w oparach farmakologii, bełkotu polityków, ekspertów i dziennikarzy na temat Ukrainy i światów wykreowanych przez Strugackich. 
W przerwie obejrzałem najnowszy film braci Coen, który mnie absolutnie nie zachwycił.
Jedynym miłym akcentem dnia był placek po węgiersku, który niemiłosiernie wypchał mi żołądek.
Wieczorem dostałem napadu kaszlu, który mnie przeraził.
Pomógł reklamowany syrop.

P.S.

Ponieważ tagiem dnia na blog.pl jest "impreza" muszę dopisać, że żadnej imprezy nie było.



sobota, 22 lutego 2014

Koniec zimy zadziwia kota

Żubr to silne zwierzę. Stado żubrów to już prawdziwa moc. Dzięki Bogu nie warzą Bizonów.
Wyszedłem na papierosa i zauważyłem, że zima się skończyła. 
Grupa lecących gęsi spowodowała opad szczęki u kota.
W dalszym ciągu jestem w świetnym nastroju.
Zaczynam podejrzewać, że żona dosypuje mi czegoś do kawy.
Prozac ?


piątek, 21 lutego 2014

Walka z żubrem wpływa na percepcję

Drodzy Państwo, tak się uwaliłem, że szansa na zajebistą notkę tygodnia stała się nierealna.
Tak nierealna jak żona kosmonauty Chrisa Kelvina w Solaris, jak Złota Kula w Pikniku na skraju drogi.
Ale nie psuje mi to humoru. Człowiek powinien znać swoje ograniczenia.
Gdybym był sentymentalny włączyłbym listę przebojów programu trzeciego. Ale od paru miesięcy nienawidzę jakiejkolwiek muzyki. Interesuje mnie tylko i wyłącznie szum medialny.
Mój starszy zdał dzisiaj egzamin teoretyczny na prawo jazdy. Czy to nie powód do radości ?
Trzeba ustępować młodym przestrzeni życiowej usuwając się w kąt.
Młodzi mają marzenia, mogą wszystko, świat stoi przed nimi otworem.
A w moim starym kącie: kot, maszyna do pająków, piwo, papierosy, demony przeszłości i przyszłości.
I wiecie co ? Dziś mi to wystarcza. Nie potrzebuję nic więcej i jestem szczęśliwy.
God bless Żubr. 


Najnudniejsza notka tygodnia

Wiem jak nudnym musi być czytanie tego kosmicznego dziennika i naprawdę podziwiam Wasze samozaparcie. Mogę jedynie obiecać, że dziś nie będzie zwyczajowego marudzenia mimo iż powodów do niego jest mnóstwo. Pogoda paskudna, zimno, na obiad kaszanka i piwo. 
Tak, tak - dziś udało mi się zaparkować przed polskim sklepem. Niestety mojego ulubionego "Kasztelana" nie było więc wziąłem "Żubra". 
Załatwiłem żonie zajęcie, kupiłem łopatkę wieprzową. Będzie z niej gulasz do placków po węgiersku - oczywiście z łopatki, nie z żony. Zaopatrzyłem gospodarstwo domowe także w mrożone ruskie pierogi, flaczki zamojskie w słoiku, jakieś ruskie szproty w oleju, śledzie matiasy, wędzone makrele, kiełbasę z beczki ( nie wiem czy ona beczkę widziała ale tak napisali na opakowaniu), ser żółty edamski, składniki na sernik ( następne zajęcie dla żony - niech się kobieta nie nudzi w weekend ), 3 kilo piersi z kurczaka, szynkę, ruską tuszonkę w puszce, pikantną sałatkę z makreli, śledzie w śmietanie, świeży koperek, ogórki kiszone i pieczywo. Wziąłem też syrop na kaszel i miód. Mam nadzieję, że dzięki tym wszystkim delikatesom moja podstawowa komórka społeczna jakoś przetrwa następny tydzień.
W Aśdzie puściłem dwa thunderballe ( to taka odmiana lotto ) , może się coś trafi.

Jestem dziś z niewiadomych przyczyn w doskonałym nastroju i nawet wizyta w urzędzie pracy tym doskonałym nastrojem nie zachwiała. Nawet ten Bolton ohydny go nie wzruszył.

Jest mała nadzieja, że jak już coś zjem i wypiję kilka piw to wpadnie mi do głowy pomysł na wspaniałą, cudowną notkę, o której długo jeszcze będzie głośno w środowiskach blogowych.
Kto wie - może nawet zostanie ona notką tygodnia.

Na razie żegnam się życząc wszystkim upartym żeby tu zaglądać czytelnikom miłego weekendu.



czwartek, 20 lutego 2014

Propozycja pracy

Dostałem przed chwilą propozycję pracy. Ch*^&%wej pracy.
Tak się zdenerwowałem, że aż piwo otworzyłem czego zazwyczaj przed siedemnastą nie czynię.
Praca wyjazdowa czyli wiążąca się z nocowaniem po hotelach, głównie na nocki, za minimalną krajową.
W dodatku przez agencję i na zawołanie.
O tym na czym ma polegać nawet nie chce mi się pisać.
Gdybym reflektował we wtorek interview w Manchesterze.
Teraz myślę co robić.
Może i jakoś zniósłbym to wszystko ale kto za mnie będzie prowadził bloga w czasie mojej nieobecności.
Małpka Fikum Mykum ?

W dodatku jakbym miał mało problemów zaczynam robić się okrąglutki. A mówią, że od depresji się chudnie. Naprawdę nie ma sprawiedliwości na tym świecie.


Krótka wiadomość z martwej planety

Nie mam dziś zbyt wiele do powiedzenia, czuję się w miarę dobrze, trochę kaszlę i czytam książkę.
Wokół mnie wciąż syf. Młodszy miał poodkurzać ale zniknął w mokrym klimacie.
Po prostu rozpłynął się w kroplach deszczu.
Przydałoby się zatankować samochód ale ciężko się zebrać.
Kot się strasznie nudzi, co chwila atakuje moją rękę albo nogę gryząc podstępnie jak szczur.
Brudne naczynia w zlewie też wyglądają na cholernie znudzone. Na szczęście nie atakują.
Robi się po prostu nieprzyjemnie.
Nie mam już nic do dodania. 
Over.



środa, 19 lutego 2014

Zerojedynkowy wybór

Dziś z zerojedynkowej opcji "śmiać się czy płakać" wybieram śmiać się.
Godzę się z sytuacją, z otaczającą rzeczywistością, nie szukam winnych i spokojnie dryfuję czekając na rozwój wydarzeń. Oczywiście zapijając piwem.
Dochodzę do generalnych, kosmicznych wniosków: lepiej leżeć niż siedzieć, lepiej być owadem niż kapsułką, lepiej nie mieszać się w politykę, muzykę i instynkty.
Mam wstręt do ludzkości i wszelakich zdobyczy.
Oburzam się na ogłupiałych fanów piłki nożnej.
Głupota serwisów informacyjnych mnie poraża.
Debilizm społeczeństw wybierających swoich przedstawicieli politycznych powoduje nerwobóle trzustki.
Lecę w nadświetlnym kosmolocie sterowanym przez bandę szaleńców i hipokrytów.
I ni chuja nie ma jak z tego wysiąść bo wokół próżnia.
Chyba jestem nie z tego świata.


Obozy przystosowawcze dla pospólstwa z przeszłości

Gdyby ktoś się niepokoił to już uspokajam.
Nie, nie wyjechałem na Ukrainę z moimi oddziałami partyzantki miejskiej Guerilla Magilla.
Czekam na rozwój wydarzeń czyli moment, w którym dzielny polski naród pójdzie w ślady Ukraińców i zrobi rozpierduchę. 
U mnie najzwyczajniejszy dzień na świecie. Wstałem, włączyłem aparaturę, pokręciłem się, wypiłem parę filiżanek kawy i wybrałem się na zwiad. Właściwie po prowiant.
Kupiłem zdechłą rybę i genetycznie modyfikowane ziemniaki, wrzuciłem autopilota na "Powrót do domu" i jestem. Wokół mnie syf, totalny burdel, nikomu się nie chce sprzątać, alergik by nie przeżył. Wszędzie sierść, kurz, pyłki - a roztocza wyniosłyby kota z domu gdybym go nie złapał za ogon.
Szczerze mówiąc sam nie wiem jak się przełamałem żeby napisać tę notkę, klawiatura tak się klei, że napawa mnie wstrętem i obrzydzeniem. Ale czego się nie robi dla czytelników.
Pewnie wielu z Was zastanawia się dlaczego marudzę zamiast po prostu posprzątać.
Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Po pierwsze nie chce mi się, po drugie nie miałbym o czym pisać gdyby było czysto.
I z tego wszystkiego wpadł mi do głowy pomysł na powieść fantastyczno-naukową.
Otóż naukowcy gdzieś tam w Ameryce ( bo gdzieżby indziej ) w jakimś tajemniczym laboratorium, w jakiś dziwny naukowy sposób zakrzywili czasoprzestrzeń. Powstały jakieś tunele, korytarze i nory czasu.
W ten sposób  na współczesnej Ziemi zaczynają pojawiać się osoby z przeszłości. I to nie jakieś słynne osoby, jacyś geniusze swych czasów lecz zwykłe szare niekumate ludziki, często menele, bandyci i złodzieje.
Z dnia na dzień pojawia się ich coraz więcej więc rządy cywilizowanych krain zmuszone są do zakładania specjalnych obozów przystosowawczych dla tego całego motłochu.
Dalej nie zdradzę bo ktoś ukradnie mi pomysł, jakiś Dukaj czy inny Ziemkiewicz - i moja kariera pisarska legnie w gruzach.



wtorek, 18 lutego 2014

Wiosna, wiosna, wiosna ach to Ty

A idźcie w cholerę z tym Boltonem.
Myślałem nie będzie dzisiaj najgorzej, zrobiło się wiosennie, przyjemnie, ptaszki się radowały na drzewach.
Ale nie - było jeszcze gorzej niż zwykle.
Angole też wyczuli wiosnę i wypełzli ze swoich śmierdzących nor, założyli pomarańczowe i żółte kamizelki odblaskowe, kaski - i zaczęli remontować co drugie skrzyżowanie.
Powstały korki uliczne, zgrzytanie zębów, ścisk, krew z nosa, płacz potępionych i palpitacje.
Na szczęście jak zwykle wyjechałem za wcześnie. Dzięki temu do biura pracy zdążyłem idealnie na wyznaczoną godzinę. Ale to jeszcze nie koniec.
Urzędnik oczywiście musiał mnie wkurwić zadając pytania typu:
-I jakie kroki podjąłeś ostatnio w celu znalezienia pracy ?
Naprawdę mocno gryzłem się w język żeby nie odpowiedzieć:
-Wiesz co, odpierdol się koleś, masz coś do mnie to chodź na solo.
W końcu wyszedłem stamtąd ze świadomością, że w piątek znów tam będę musiał się pojawić. 
Faszyści.
Myślicie, że to już koniec ? Gówno. Najgorsze dopiero było przede mną.
Żona dała mi listę zakupów, które wizytując Bolton, miałem przy okazji zrobić w polskim sklepie.
Cieszyłem się, że zaraz zrobię te durne zakupy i w nagrodę, a także dla rozluźnienia po ciężkim dniu, kupię sobie cztery Kasztelany.
Wyobraźcie sobie, że jednak tych jebaniutkich zakupów nie zrobiłem.
Krążyłem wokół polskiego sklepu chyba ze czterdzieści minut szukając wolnego miejsca parkingowego.
I nic. Nawet na podwójnych żółtych ciągłych wzdłuż krawężników postawali. 
Żadnego poszanowania dla prawa. Chyba mandaty są za niskie, albo leniwa ciapatowska straż miejska lekceważy swoje obowiązki.

Tak, że siedzę teraz w domu i wiem co mnie czeka.
Smutny, suchy dzień o kawie bezkofeinowej, opierdol od żony, i tęsknota za niekupionymi artykułami żywnościowymi: Kasztelanem, pierogami ruskimi mrożonymi, kiełbasą, szynką, wędzonymi makrelami, serkami wiejskimi, śledziem w śmietanie, żółtym serem gouda i ogórkami kiszonymi.



W krainie purpurowych obłoków

Oko wciąż spuchnięte. podejrzewam, że musiał ukąsić mnie wałęsak brazylijski.
Jestem zdołowany i mam ciężki tydzień. W dodatku trudno mi napisać cokolwiek kiedy jestem trzeźwy.
Dziś muszę się zameldować w tym ohydnym Boltonie i w piątek znów.
Zagęścili mi spotkania. Sprawdzają czy w międzyczasie nie wyjeżdżam do Polski i nie dorabiam sobie jako cieć parkingowy. System działa a pracy wciąż nie ma.
Dla urzędników muszę być frustrujący ponieważ pierdolę im statystyki, pewnie chcą mnie wykończyć przesłuchaniami.
Zauważyłem, że kiedy nie piję chce mi się wapna. Dziwne.
Śnią mi się dziwne sny. Tej nocy podróżowałem z nieboszczykami wynajętym jeepem z napędem na cztery koła. W środku lasu silnik przestał pracować. Kiedy wysiadłem żeby sprawdzić co się dzieje, skoczył na mnie ryś i ugryzł mnie w łydkę. Poznałem po uszach.


poniedziałek, 17 lutego 2014

Test BECKA

Tzw. Test BECKA – jest to skala samooceny i służy do przesiewowego rozpoznawania u siebie objawów depresji. Jednakże jest to tylko narzędzie pomocnicze, nie zastąpi badania lekarskiego.
Nie jest to diagnoza – ocena powinna dotyczyć samopoczucia w wybranym okresie czasu: ostatniej doby, ostatniego tygodnia lub ostatniego miesiąca (należy przy udzielaniu odpowiedzi stosować jednakową miarę czasu).
Na wypełnienie testu powinno poświęcić się ok. 10 min.
Twój wynik wynosi 43.
Przynajmniej w jednym jestem lepszy w porównaniu do lat ubiegłych. Wynik testu Becka od 2011 wzrósł mi o 3 punkty.
Brawo ! Well done !

Sekrety produkcji syntetycznych zup warzywnych

Alik wstał z łózka o szarym, ponurym świcie. Tani blaszany zegar kupiony za dziesięć aluminiowych puszek po piweksie od jakiegoś stalkera na targu rupieci, wskazywał godzinę siódmą.
-Jebana nora, jebany barłóg, jebane życie, kurwa sztwa – wymamrotał poranną modlitwę.
  
Podreptał przez ciemny korytarzyk do łazienki i przed brudnym, popękanym lusterkiem ochlapał twarz zimną wodą. Punkty emerytalne nie wystarczały na zakup mydła i tym podobnych luksusów. Wysikał się do specjalnego pojemnika, zawsze to kilka punktów. Przez tydzień uzbiera się tego trochę, może starczy na syntetyczną zupę warzywną – pomyślał przeczesując siwą brodę zielonym grzebieniem.

Zazwyczaj dorabiał sobie sprzątaniem holowizyjnych kin porno i zbieractwem ale sprzedaż uryny też była nie do pogardzenia. Często zastanawiał się do czego zostaje użyta – może do produkcji syntetycznych zup warzywnych. Cholera wie, patrząc do czego doprowadzili ten świat można było spodziewać się po nich wszystkiego. 
Rozległo się pukanie do drzwi. Wzdrygnął się.
-Kiego czorta niesie ? – szepnął do siebie. Nie miał ochoty na żadne wizyty a szczególnie tej nienormalnej staruchy z dołu, która ciułała punkty na zabieg eutanazji.

Tak, to pewnie ona bo któż by inny. Nie otwieram. Stara wiedźma szuka towarzystwa.


Myślenie jest tanie ale szkodliwe

Wczorajszy dzień poświęciłem w całości na przemyślenia.
Myślałem, myślałem i myślałem nad tym wszystkim i nic nie wymyśliłem.
Z tego myślenia spuchło mi oko i wyglądam jak biała odmiana Foresta Whitakera.

Mam dziś do załatwienia kilka spraw, które mam nadzieję mnie nie przerosną. Tak swoją drogą cholernie nie chciało mi się wstawać. To już chyba ten etap, że właściwie nie ma po co wstawać.

Sprawy do załatwienia:
- prysznic,
-drobne zakupy,
-wysłanie listu,
-zaklepanie kotu wizyty u weterynarza.

Na dworze siąpi, odczuwalną temperaturę można opisać jako lekko zimną.




sobota, 15 lutego 2014

Najgorsze totalitarne wizje spełniają się na naszych oczach

Trochę mi przykro, ze nie jesteście prawdziwymi bloggerami z krwi i kości lecz facetem, który bierze pieniądze żeby mi robić wodę z mózgu.
Dałem się głupio oszukać.
Ale cóż w końcu mamy dwudziesty pierwszy wiek a wszystkie narkotyczne wizje Philipa Dicka stały się faktem.
Przyglądając się bliżej tej całej rzeczywistości - kto tak naprawdę wie jak jest "naprawdę".
Wcinamy codzienny kapuśniaczek informacji oddzielając ziarna od plew a wciąż nie wiemy nic.
Nawet ci "my" z nieco wyższym IQ.
Wiem, że to co teraz piszę spowoduje natychmiastową reakcję "władz", kimkolwiek by one nie były, nad mój dom podleci czarny helikopter, z którego wysypie się drużyna do walki z nieprawomyślnością, rozwalą moje cieniutkie, blade drzwi taranem z hartowanej stali, złamią mi nos i ducha a później wywiozą do supertajnego więzienia, w którym poddadzą serii nieprzyjemnych eksperymentów i przesłuchań.
Szkoda mi tylko niczemu niewinnego kota, który przeżyje okropny stres, ze strachu chowając się w szafie pełnej przeżartych przez mole starych majtek i ręczników.
Żyjemy w czasach o stokroć gorszych niż rok 1984.
Tako rzecze Bydlog.

Podsumowując - dziura w zabójczej pianie, którą wytworzyłem w celu pokonania morderczej piany sąsiadów pedałów jest także tajemniczą i niewyjaśnioną sprawą.



Szatan macza swoje łapska w seansie kinowym

Wykorzystując fakt, że na blogu można pisać praktycznie co się chce, ile się chce i kiedy się chce i nikt nic z tym nie może zrobić, wystukuję kolejną notkę. Przypomniało mi się jak wiele lat temu byłem w kinie z przyjacielem, który nosił wtedy śliczną ksywkę Lou. A może to nie z nim byłem - pamięć potrafi płatać figle. Było to kino "Piast" w mieście Legnicy. Nie wiem czy kino to wciąż istnieje, raczej wątpliwe, pozamykali te stare kina i zrobili wszędzie multipleksy z pop cornem i coca-colą.
Film nosił tytuł "Dziecko Rosemary". W całej tej sytuacji nie byłoby oczywiście nic dziwnego, ile to razy dwóch kumpli wybiera się do kina, ogląda film i takie tam - zwykły banał.
Ale jednak wydarzyło się coś niecodziennego.
W momencie kiedy Rosemary w narkotycznym transie gwałcona przez samego Szatana ( mam nadzieję, że nie pokręciłem, film widziałem dość dawno ) przeżywa umysłową projekcję, że jest na jakimś jachcie - w tym właśnie kluczowym momencie, klatka stop, projektor obracający filmową taśmę zatrzymał się a w kadrze na oczach zdumionych widzów wypaliła się wielka dziura.
Niesamowite przeżycie. Gdyby był to "Spacer w chmurach" z Keanu Reevesem to bym odpuścił i zapomniał. Ale nie przy "Dziecku Rosemary".

Myślałem, że to jakiś znak, symbol lub coś jeszcze gorszego.
Rzeczywistość jednak okazała się być znów jak najbardziej banalna. Najzwyczajniej w świecie jeden z operatorów w kinie obchodził tego dnia imieniny. Pochlali chłopaki wódki i nie dopełnili jakiegoś obowiązku powodując przepalenie kliszy filmowej. Widzowie zostali przeproszeni, obiecano im zwrot pieniędzy za bilety lub seans następnego dnia. 
Taka to historyjka.


Spiskowa teoria Bydloga okazuje się być jak najbardziej prawdziwą

Mam pomysł na opowiadanie w stylu Philipa Dicka. O gościu, który pracuje w portalu internetowym. Gość ten zajmuje się pisaniem komentarzy pod kontrowersyjnymi ( i nie tylko ) artykułami. 
Raz pisze jako JolazKielc, raz jako Zatwardziały_Pisowiec, czasami jako Kocham-Donalda i często jako Polak#KatolikPatriota.
I tak sobie myślę, że Wy, których blogi czytam - to może tak naprawdę nie jesteście "Wy" lecz jakiś koleś, któremu płacą za robienie mi wody z mózgu. Przychodzi on codziennie do swojej roboty, włącza komputer, pisze te niby Wasze notki, komentuje moje, i jakoś się kręci.
W każdym bądź razie wszystko to jest podejrzane i grubymi nićmi szyte.
Jak tak dalej pójdzie to wyrwę sobie zęba i ukryję go w ścianie.



Koniec kariery pomocnika sklepowego

Wspólny kac połączył nasze siły duchowe i postanowiliśmy zrobić dziś pizzę własnej roboty.
Pojechałem do Aldiego po składniki i przy okazji zauważyłem, że przyjęli do pracy dwie nowe angielskie gęby. Czyli mogę zapomnieć o karierze pomocnika sklepowego.
Trochę mnie to przygnębiło ale nie aż tak żeby się załamać. Pocieszyłem się tym, że Philip Dick też żył w totalnej biedzie mimo, że pisał świetne rzeczy. Ja nie piszę świetnych rzeczy więc właściwie w ogóle nie potrzebuję się martwić.
Zdaje się, że coraz bardziej chce mi się wracać do Polski.
Niestety panuje tu idiotyczna demokracja i jestem w całkowitej mniejszości. Nawet kot nie popiera moich dążeń. Zdrajca.
Może wybiorę się do Starego Kraju chociaż w celach turystyczno-krajoznawczych, ale na razie za zimno.



Nic tak nie spaja więzi małżeńskich jak wspólny powalentynkowy kac.

Nic tak nie spaja więzi małżeńskich jak wspólny powalentynkowy kac.

Uwielbiam porządnego kaca. Pozwala zapomnieć o depresji, beznadziei życia i bólu zęba.
Zapowiada się cudowna sobota.


piątek, 14 lutego 2014

Walentynkowe Przesłanie

Przepraszam wszystkich moich kochanych czytelników, którzy liczyli na to, że dziś w ten cudowny Walentynkowy dzień coś jeszcze napiszę, a nie napisałem nic z powodów iście błahych.
Kocham Was drodzy moi jak najbliższe rodzeństwo lecz niestety sił i talentu nie starcza żeby cokolwiek pisać. Ale, że miłość krąży jak opętana wokół nas więc niech ten prosty przekaz będzie moim usprawiedliwieniem:
AJ LOWJU ALL !! A szczególnie tych , którzy marnują swój cenny czas czytają tego głupiego bloga.
A teraz modlę się tylko o to żeby moja pijaniuteńka żona nie obrzygała ścian, które i tak nie najlepiej wyglądają.




Oficjalne rozpoczęcie kolejnego piątku w życiu

Jak bardzo trzeba być popieprzonym żeby czytać Philipa K. Dicka o godzinie siódmej rano przy świetle włączonego telewizora ? - pomyślałem. 
Wcześniej obudziłem się z lekkim zdziwieniem, że wciąż żyję. Wydmuchałem nos, innych świateł nie zapalałem ze względu na kota i jego wrażliwe zielone oczy. 
Skoro żyję będę musiał napić się kawy - zadecydowałem.
Uruchomiłem elektryczny czajnik, wsypałem do kubka dwie łyżeczki zmielonej kawy, ubrałem śmierdzącą dymem tytoniowym kurtkę i wyszedłem na papierosa.
Paląc patrzyłem na niebo przesłonięte chmurami. Na próżno byłoby szukać gwiazd i Księżyca.
Na próżno byłoby szukać pomysłów w zasnutej chmurami głowie.
Zgasiłem peta, przydeptując go z nienawiścią.
W kuchni dał o sobie znać nieprzyjemny kaszel. Zalałem kawę gorącą wodą a z szafki wyjąłem butelkę taniego syropu. Przez chwilę zastanawiałem się czy napić się wprost z butelki czy jednak poszukać jakiejś łyżki. Opcja pierwsza wydała mi się stosowniejsza.
Słodko gorzki smak wypełnił usta.
Zneutralizowałem go solidnym łykiem kawy.
W tym momencie oficjalnie rozpoczął się kolejny piątek w moim życiu.


czwartek, 13 lutego 2014

Nie ma o czym pisać

Dziś czuję się nieco lepiej niż wczoraj ale to nic dziwnego bo gorzej niż wczoraj niemożliwością byłoby się czuć. 
W gębie szmata, w głowie siano a w duszy pustostan.
Wiatry ustały, błoga cisza nastała, niepokój minął.
Nawet nie ma o czym pisać.



środa, 12 lutego 2014

List z emigracji do Nadii Iwanownej



Raskolnikow wziął siekierę 
I zamyślił się głęboko 
Księżyc łypnął z poza chmury 
Jak lichwiarki żółte oko 
Nie ma żartów z filozofią 
Moja Ty Pietrowna Zofio 
Gdy w bezsenne białe noce 
W głowie pająk się szamoce 
Nieudacznik pijanica 
Rżnął butelką, że już pusta 
W bruk rozprysły się kawałki 
Jakby ktoś pokarał lustra 
Nocy durna nocy chmurna! 
Pędzi trojka w głowie zamęt 
Na złamanie karku tętent 
Rozkołysał się firmament 
Nie ma żartów z filozofia 
Moja Ty Pietrowna Zofio 
Gdy w bezsenne białe noce 
W głowie pająk się szamoce 
W żółtych domach czynowniki 
Na donosach schnie atrament 
Wazelina i sakrament… wazelina i sakrament… 
Raskolnikow wziął siekierkę 
I zamachnął się szeroko 
I uderzył bez przymiarki 
W prawomyślny łeb lichwiarki 
Nie ma żartów z filozofia moja Ty Pietrowna Zofio 
Gdy w bezsenne białe noce 
W głowie pająk się szamoce 



Maciej Maleńczuk
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dzisiejszy dzień okropny i paskudny droga Nadio Iwanowna.
Ludzie niemili w naszym miasteczku, mimo iż wykształcony jestem za wariata mnie biorą.
Jedynie kot przytuli i pomruczy: maładiec.
Żona moja, Wioletta Jurowiczowna na pracę swoją narzekać zaczyna.
Może nie tyle na samą pracę jak na ludzi, którzy decyzje podejmują.
W naszej kochanej Mateczce Rosiji już by wisieli na najwyższych latarniach, angielskie skurwysyny.
Ale cóż my możemy, biedni wygnańcy z Księstwa Przywiślańskiego Tuskowego.
Nieszczęście Polakiem być w czasach dzisiejszych, prawdziwe nieszczęście.
I jeszcze ten wiatr na nerwach grający, o wszystkich nieszczęściach przypominający.



Bo to zła kobieta była

Miałem już dzisiaj nic nie napisać ale patrzę w statystyki a tu mi ruch spada. Niedobrze, pomyślałem.
Nie wolno się tak łatwo poddawać, konkurs na blog roku 2014 wciąż przed nami.
Wymyśliłem więc sobie, że napiszę cokolwiek, największą z największych bzdur nawet, która i tak będzie miała pod spodem napis: Dumnie wspierane przez WordPressa.
Zacznę od pogody. Piździ jakiś wiatr z niewiadomego kierunku, leje co jakiś czas deszcz, gęstymi, ciężkimi jak ołów kroplami - czyli fatalnie.
Siedzę w domu a te zewnętrzne odgłosy powodują u mnie swego rodzaju nerwicę, podwojoną w dodatku przez stan psychiczny i co tu ukrywać, nazwę to po ludzku : jestem wkurwiony na cały świat.
Przez to wszystko to nawet wspomnieniem wróciłem do roku 1993, w którym to odbywałem służbę wartowniczą z karabinem AK-47 przewieszonym przez ramię i dwoma magazynkami pełnymi nabojów kaliber 7,62 mm. Była kurewska zima, grzązłem brązowymi, wojskowymi butami w przemarzniętym śniegu, a co najgorsze: dwa dni wcześniej dowiedziałem się, że moja ówczesna żona mnie zdradza.
Może to głupie ale i tak czułem się o wiele lepiej niż teraz.
Dreptałem tak po swoich śladach przed jednostką wojskową, której numeru już nie pamiętam i zastanawiałem się co począć z tą bardzo niedogodną sytuacją. 
Wyjścia były dwa. Przy koszarach zatrzymywał się tramwaj do którego wystarczyło wsiąść z tym całym ekwipunkiem, pojechać do akademika, w którym zamieszkiwała była żona z kochankiem i zrobić "Psy" czyli totalną rozwałkę. 
Takie wyjście gwarantowało wieczną sławę, pierwsze strony gazet i więzienie, w którym spokojnie mógłbym napisać bestseller mojego życia.
Nawet nie wiecie ile razy w moim późniejszym żywocie realizowałem sobie te wydarzenia w wyobraźni.
Krew żony i kochanka tryskała większymi strumieniami niż w najlepszym slasherze czy Kill Billu.
Widziałem siebie jak w zwolnionym tempie wystrzeliwuję cały magazynek w zdradziecką sukę i jej gacha.
Ale niestety chrześcijańska moralność zwyciężyła i chuj ze sławą.
Pogodziłem się z moim losem, nawet próbowałem wybaczyć, była żona dorobiła się dwóch dorodnych chłopców i szczęśliwej egzystencji. 
W sumie powinna mi za to podziękować, podarowałem jej w końcu to to życie.



Dzień nie rozpoczął się najlepiej

Zakaszlałem się ale pomógł łyk syropu na kaszel.
Chce się wyć. Jest źle.
W dodatku zimno.
Śmierdzi.
Wszystko gnije. 
Nie chce mi się odsłaniać żaluzji. 
Nie chce mi się nic.
Chujowy początek chujowego dnia.
Niedługo minie pół roku bez pracy. Najdłuższa przerwa w życiu.
Siedzę całkowicie sparaliżowany. 
Ile jeszcze będę tak siedział ?
Przegrałem wszystkie bitwy na wszystkich frontach.
Trudno się po czymś takim podnieść.
Z dnia na dzień coraz trudniej.
Bagno wciąga.


Exodus Indian w komunistycznym dzieciństwie

Wszyscy lub prawie wszyscy pracowali w Hucie. Wszyscy lub prawie wszyscy mieszkali na Osiedlu. 
Ponieważ rodziło się coraz więcej dzieci Władze szybko zbudowały Nowe Osiedle.  
Mama i Tata dostali od Huty przydział na mieszkanie. Do tej pory mieszkaliśmy wspólnie z Babcią, Dziadkiem i Ciotką.
W końcu nadszedł dzień przeprowadzki. Mama i Tata długo przekonywali mnie, że tak będzie lepiej. 
Zapewniali, że to blisko i codziennie będę odwiedzał Babcię. 
W końcu mnie jakoś przekonali, paroma szturchańcami i zakupionym w pośpiechu samochodem śmieciarką. 
Nowe Osiedle znajdowało się obok Lasu, byłych ogródków działkowych i Pegeeru. 
Rzeczywiście - było lepiej. 
Mieszkanie zostało umeblowane segmentem na raty i wysoki połysk. Dostałem własny pokój z rozsuwanym tapczanikiem i lampką stojącą nocną. 
Podwórko było miłe i sympatyczne, posiadało trzy ławeczki, piaskownicę i huśtawkę. 
Dodatkową zaletą tego miejsca był fakt, że jest dalej do i od Ruskich. Oddaliliśmy się od Koszar. W pobliżu był co prawda budynek mieszkalny zajmowany przez nich, z gazetami drukowanymi cyrylicą w oknach, ale stał za metalową siatką i właściwie nikomu nie przeszkadzał. 
Wtedy jeszcze nie wiedziałem o istnieniu nurtu science fiction, ale dokładnie pamiętam moje przekonanie o tym, że Ruscy przylecieli z Innej Planety. Szczególnie mocny zapach dziwnych perfum i teatralny makijaż Ruskich Kobiet utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Pewnego wieczora wracając z Tatą od babci spytałem patrząc w niebo pełne gwiazd:
-Tato, czy stamtąd przylecieli Ruscy ?
Tato zaśmiał się:
-Aleś ty jeszcze głupi ! - wziął mnie za rękę i poprowadził do domu bocznymi ulicami. 

Życie w nowym mieszkaniu powoli biegło swoim torem. Kolejne dni wypełniały się coraz to nowymi sąsiadami wprowadzającymi się znienacka. Pod nami zamieszkała rodzina z dwoma dziewczynkami, obok nas wprowadziła się rodzina z dwoma dziewczynkami, i tak dalej i tak dalej. Między sąsiadami zaczynały tworzyć się więzy społeczne. Ponieważ moja mama zatrudniła się w pobliskim Kiosku, trzeba było coś ze mną zrobić. Stanowczo wzbraniałem się przed pójściem do Przedszkola. Nie przekonywały mnie argumenty Mamy i Taty typu: „W przedszkolu jest fajnie, jest dużo dzieci, będziesz się z nimi bawić, będzie wesoło !" Od dziecka wstrętem napawały mnie tego typu instytucje, instytucje w których grupa ludzi poddawana jest edukacji, eksperymentom psychologiczno -pedagogicznym, wychowaniu i nauce życia w społeczeństwie. Widząc mój szaleńczy opór, Babcia pomimo oporów wewnętrznych zgodziła się pełnić funkcje Przedszkola Zastępczego. 
W ten sposób moja egzystencja została przecięta na dwie połowy. 
Pół dnia u Babci, pół dnia u Rodziców.
Pierwsza połowa podobała mi się bardziej. Za sprawą drewnianych żołnierzyków zacząłem fascynować się Wojną. U Babci staczałem prawdziwe bitwy. Wtedy jeszcze nie było komputerowych gier strategicznych więc człowiek musiał fantazjować żeby nie zdechnąć z nudów. 
Miałem przemieszanych ze sobą żołnierzy z różnych epok. Byli wśród nich nawet Indianie. Indianie byli dla mnie chłopcami do bicia, zawsze ich rozwalałem lub brałem do niewoli. Nazywałem ich bandą brudasów, mieli odłamane kończyny i farba z nich złaziła. Teraz mam z tego powodu olbrzymie wyrzuty sumienia.



wtorek, 11 lutego 2014

Niesamowicie sympatyczny wieczór

No i już po urodzinach. Nażarliśmy się tortu, napiliśmy wina gazowanego, żona wyglądała na zadowoloną albo udawała żeby sprawić przyjemność.
Oczywiście nie wytrzymałem i pobiegłem do Hindusa po cztery piwa ponieważ wino i tort zmuliły mój biedny żołądek. 
Popijam teraz łapiąc egzystencjalny dół w stylu Kieślowskiego czyli norma.
W przerwie między "Biesami" a blogowaniem zacząłem czytać "Przygody Hucka Finna" po raz kilkuset tysięczny. To jedyna książka na świecie, która jest w stanie poprawiać mój podły nastrój i nigdy mi się nie nudzi. Jakieś zboczenie chyba.
Nie jestem w stanie napisać czegoś dłuższego niż zwykła debilna notka na blogu ponieważ brak mi cierpliwości, wytrwałości i wiary, że ma to jakiekolwiek znaczenie. Niestety nie urodziłem się z gotowym dziełem literackim w głowie. Jak pomyślę sobie o gościach typu Kafka, którzy chcieli spalić swoje książki, nie wiem ile w tym prawdy ale tak przynajmniej słyszałem - to nóż mi się w kieszeni otwiera. 
No i przypomniał mi się polski przedwojenny film pod tytułem "Mocny człowiek", który został znaleziony w archiwach i odnowiony, odrestaurowany ( dobrze to napisałem ? ), muzykę do niego nową zrobił Maleńczuk z jakimiś kolesiami. 
Film dobry, o pisarzu, który ukradł drugiemu pisarzowi książkę.
No i tak sobie tu bredzę a żona za plecami szuka dla mnie jakiejś roboty bez większego powodzenia.
Zajebiście kurwa miły wieczór.


Generalne porządki sposobem na depresję

Jakoś się pozbierałem, pojechałem do sklepu, nakupiłem urodzinowego badziewia i jestem z powrotem.
Teraz biorę się za generalne porządki żeby zrobić żonie niespodziankę kiedy wróci z pracy, a przede wszystkim żebyście nie myśleli, że nic tylko siedzę, opieprzam się i biadolę.
Mógłbym w sumie tkwić cały dzień przed klawiaturą i wypisywać tu te głupie historyjki ale nie mam dziś ani weny ani chęci ani motywacji.
A moje szczęście jest takie, że kiedy wychodziłem lało i duło, a kiedy wróciłem świeci słońce.
Na drugi raz trzeba się będzie poważnie zastanowić przed opuszczeniem domu.


Niemożność pozbierania się do kupy

Od wczorajszego wieczoru grzęznę w depresyjnym błocie i jestem jak śnięta ryba.
Nihil novi.
Próbuję się postawić na nogi sztafetą kaw i przymykaniem oczu na dżdżysty, smętny świata świt.
Kolejny dzień w niewoli czterech ścian.
Gdybym nie miał już kota, pewnie bym oszalał. Przynajmniej jest do kogo gębę otworzyć.
Zbieram się od rana do sklepu po kwiaty i nie mogę się pozbierać. Jakbym rozpadł się na tysiące klocków, które trudno jest poskładać. 
No cóż kolejny wpis z kategorii jałowe biadolenie.
I jak tu wygrać konkurs na blog roku 2014.


Niezaspokojone ambicje rodziców

Fajnie jest pisać o czymś czego się nie pamięta. 
To takie przesłuchanie pamięci i naciąganie wyobraźni. 


Samego poczęcia nie pamiętam. Na pewno odbyło się za sprawą Mamy i Taty. Ale jak, gdzie i kiedy - nie mam pojęcia. 
Można przypuszczać i domniemywać. 
Piątkowy wieczór w opuszczonym mieszkaniu, wino marki wino, brak telewizora i szumiące stacją Luxembourg lampowe radio. Możliwe a nawet całkiem prawdopodobne. 
Później dziewięć miesięcy wygody i komfortu - to pewnie najlepszy okres w naszym życiu, ale nie pamiętamy. Wszystko podane, wszystko gotowe, nie trzeba myśleć, wystarczy swobodnie się unosić, mamy wszystko co do szczęścia potrzebne. 
Miłość, pokarm, ciepło. 
Później szok urodzin i pierwszy haust powietrza gęstego od pyłów i metali ciężkich. Chyba, że ktoś rodzi się w Puszczy Białowieskiej. Ja urodziłem się w Mieście, Mieście zasnutym dymem z kominów pobliskiej Huty. Na brak trucizn w powietrzu nie mogłem narzekać. Huta przez mieszkańców nazywana Matką, była jak narkomanka w ciąży: karmiła trując, truła karmiąc. Teraz kominy są wyższe, a narkotyki czystsze. To kosztuje, ale poprawia nastrój. 
Co zdarzyło się później ? 
Szukam pierwszego wspomnienia, jeżeli go nie znajdę, pogonię do pracy imaginację.

Wszystko jest za duże, mam kłopoty z chodzeniem, świat nie jest dla mnie - niczego nie mogę dosięgnąć. Coś miękkiego między nogami, wszystko jak za mgłą, dużo dużych ludzi i papierosowy dym. Zasypiam, budzę się, płaczę, jem, wypróżniam się, rosnę. 

Boję się wielkiej pluszowej małpy, stres codzienny, przechodzić obok niej gdy łypie na mnie bezczelnie szklanymi oczami. 
Z dnia na dzień widzę i spostrzegam coraz więcej, zaczynam rozumieć, chwytam słowa i sytuacje. 
Mieszkamy obok Koszar, wypełnionych Ruskimi niczym pasieka Pszczołami. Ruscy to zaprzyjaźniony naród, wyzwolili nas, wypędzili stąd Szwabów. 
Gdyby nie oni, pierwsze słowa z moich ust padłyby po niemiecku. Prawda czy fałsz ? 
Paść po niemiecku. Jak Berlin ? 
Koszary ożywają wcześnie rano, Ruscy wyjeżdżają na Poligon. Asfaltowa ulica poorana dziurami dudni od ciężkiego sprzętu. Pszczoły wylatują z Pasieki na Łąkę. 
Ruscy używają specjalnej Pasty, dzięki której ich buty wydzielają specyficzny zapach. Pszczoły - feromonów. 
Całe Miasto śmierdzi Pastą i Hutą. 
Mieszkańcy klną na Ruskich, ale o tym się głośno nie mówi. Nie wolno. Wtedy jeszcze nie wiem dlaczego nie wolno. Wielu rzeczy nie wolno. Ruszać, dotykać, mówić. 
W nocy pełnej ruchomych odblasków na suficie rozkręcam drewniane łóżeczko próbując uciec. Rozpada się, a mama jest dumna: „Będzie inżynierem." 
Pierwszy raz stykam się z naiwnością rodziców, pierwszy raz wbija mi się w dupę szpilka ich ambicji. 




poniedziałek, 10 lutego 2014

Protest Polaków przeciw Cameronowi oczami polskiej hołoty

Kontynuując w dniu dzisiejszym tematy błahe, muszę napisać że jest mi trochę głupio. 
Nieczęsto poruszam tematy polityczne, drażliwe i kontrowersyjne ponieważ nie lubię się kłócić. Dlatego nie ma u mnie nic o Kuklińskim, Owsiaku, Trynkiewiczu, księdzu Oko, katastrofie smoleńskiej i politykach.
Ale dziś dowiedziałem się, że Polacy w UK skrzykują się wspólnie protestować bo Cameron ich obraził.
Przyznaję się bez bicia, że jestem beneficiarzem i w dodatku biorę zasiłek dla bezrobotnych w wysokości siedemdziesięciu funtów tygodniowo. Przez taką jak ja polską hołotę, setki ciężko pracujących gardzących benefitami polskich specjalistów cierpi i musi protestować dolewając oliwy do ognia.
Wybaczcie mi, że straciłem pracę i nie mogę znaleźć następnej. Staram się, szukam.
Jak będzie trzeba to spakuję manatki i wrócę do Ojczyzny. Wiem, że: mój landlord, Hindus ze sklepiku po drugiej stronie ulicy, weterynarz mojego kota, dentysta mojej żony, nasz mechanik samochodowy, urząd miasta, zakład energetyczny, dostawca internetu, BBC, HM Revenue i jeszcze kilka innych osób się z tego nie ucieszą - ale trudno.

Pewnie znów jakieś głupstwo napisałem, no ale wybaczcie. Obiecuję już więcej za politykę się nie brać.



Błahostki, duperele i pierdoły

Ponieważ z pracą cisza, nic ciekawego się nie dzieje prócz tego, że pojawiło się Słońce i Pani Zima lansuje się na Panią Wiosnę, postanowiłem dziś mniej literacko i poważnie ale bardziej tak luźno, bez krawata czyli wszystko i nic. Mowa więc będzie o różnych duperelach, błahostkach i pierdołach.

Przede wszystkim rozmyślam o jakimś prezencie dla małżonki, ponieważ jutro wypada dzień jej urodzin.
Właściwie to mógłbym cicho siedzieć, udawać, że nic nie wiem i walić głupa. 
Niestety w dzisiejszych czasach jest to niemożliwe gdyż fejsbuk już dziś przypomina mi o tym jakie to jutro wielkie wydarzenie. 

Druga sprawa mimo, że niby błahostka ale jednak jakąś tam wagę ma.
Kot dostał pisemne upomnienie ponieważ nie stawił się w terminie na coroczne badania kontrolne połączone ze szczepieniem. Zawsze wiedziałem, że skurczybyk boi się zastrzyków - ale żeby aż tak.





Ostrzeżenie dla dzieci i młodzieży

Setki godzin życia poświęciłem na rzecz zupełnie absurdalną.
Zamiast uczyć się języków, podróżować po świecie, studiować ciekawe dziedziny, uprawiać sporty motorowodne, parać się rzemiosłem, skręcać drewniane łóżeczka, doskonalić ciało i duszę, gotować egzotyczne potrawy, spacerować po cmentarzu, pływać nago w Morzu Barentsa, wspomagać bezdomnych, remontować balkony zabytkowych kamienic - ja zamiast tego włóczyłem się po wirtualnych światach.

I patrzcie co z tego mam.

Bezrobocie, dziadostwo, czerstwy chleb, kawę bez cukru i dziurawe skarpetki.

Tak, że ostrzegam.


Follow the pink rabbit

Przespałem ileś tam godzin. Śniło mi się, że podążam za różowym królikiem, który ostatecznie zaszył się w wysokiej trawie i widać już było tylko jego oddalające się i malejące różowe uszy.
Ten sen poraził mnie do tego stopnia, że szybko zrobiłem sobie barszcz czerwony instant.
Dla wzmocnienia smaku dodałem liść laurowy, ziele angielskie, pieprz i prażoną cebulkę.

Problem na teraz. Zabrakło mi papierosów a nie chce mi się wychodzić z domu.
No i nie chce mi się już pisać tego durnowatego bloga. 
Obrzydł mi.



Sympatia dla Diabła

Well, I woke up this morning, and I got myself a beer 
The future's uncertain, and the end is always near 


Jim Morrison

--------------------------------------------------------------------------------------------



Niegrzeczny ze mnie chłopiec. Mało mi było wczoraj ?
Na dworze ciemno ale jakoś tak wiosennie. 
Czy to możliwe żeby jeden telefon postawił całe dotychczasowe życie na głowie ? 
Odpowiadam sobie nie - aż tak naiwny nie jestem. 
Nawet gdyby to sam Bóg zadzwonił z ofertą pewnie miałbym wątpliwości. 
A gdyby jednak ? 
Gdyby jednak pakujemy manatki i jedziemy za szczęściem.
Do Birmingham, do Leeds czy nawet do samej siedziby diabła - Londynu.