niedziela, 30 marca 2014

W kość

Żona wzięła sobie tydzień urlopu, mi się kompletnie odechciało pisać, a starszy nie wiadomo gdzie jest.
Telefonu nie odbiera, jest zmartwienie.
Życie daje mi w kość.
Wczoraj jeszcze Sam Smith zwalił mi się na głowę i siedział dobrych parę godzin.
Nie chce mi się, strasznie mi się nie chce pisać.

sobota, 29 marca 2014

Żywopłot

Wczoraj pojawił się facet od żywopłotu. życzeniom żony stało się zadość. A ja czuję, że jest jakoś łyso i pusto. W dodatku gnębi mnie to wczorajsze zajście.
Dzwonili z jakiejś agencji, że być może będą mieli dla mnie jakąś pracę. W poniedziałek jadę w tej sprawie do Manchesteru.

Głowa mnie boli. Nic mi się już nie chce.



piątek, 28 marca 2014

Starszy Bydloga wyfruwa z gniazda

Cóż mogę powiedzieć. Weekend zaczął się strasznie chujowo. Afera zaczęła się wczoraj. Starszy wybył z domu. Niby normalne. W końcu chłop ma 21 lat. Ale przed wybyciem napisał do swojej ex dziewczyny, że ma zamiar się zabić. Cudownie. Ona zgłosiła to na policję. Policja zaczyna go szukać. Węszą odwiedzając oczywiście moją biedną chałupę. Robią wywiad środowiskowy. Ciemnoskóry policjant zadaje mi masę pytań. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Zaczyna się noc. Małżonka cierpi we wspólnym łożu przeżywając co może dziać się z jej pierworodnym. O drugiej w nocy budzi nas pukanie do drzwi. Policja. Pytają o to samo co wcześniej. Normalnie podałbym ich do sądu za dręczenie ale jestem zbyt zaspany żeby cokolwiek przedsięwziąć. Ranek. Żona załamana wychodzi do pracy. Martwi się, że zwłoki syna dryfują w którymś z okolicznych kanałów. Wysyłała mu tysiące sms-esów, a on nie raczył odpisać. Mija dzisiejszy dzień. Ex- dziewczyna starszego łapie z nim kontakt komórkowy i umawia się z nim na dworcu autobusowym w Boltonie. Tam zgarnia go policja wcześniej przez nią powiadomiona. Wiozą go do szpitala dla czubów i robią badania. Okazuje się, że chłopak jest all right. Przywożą go do domu. Żona ma oczywiście - jak to matka - wita go z otwartymi ramionami. Ale niestety on tego nie docenia. Wini nas, że byliśmy dla niego w życiu zbyt miękcy. Robi awanturę i krzyczy. Straszy kota i nas. Pakuje swoje rzeczy i wybywa z domu. Odlatuje z gniazda. Żona załamana. Zabieram ją do pubu i staram pocieszać. W tle oczywiście ciekawa angielska muzyka, a na stoliku piwo guiness. Generalnie czuję się jakby ktoś wbił mi nóż w plecy.
Chodziłem koło niego jak koło jajka. Dałem mu kasę na kurs wózków widłowych i na prawo jazdy.
A on opierdolił mnie za to, że byłem dla niego za dobry.
Nie mogę tego pojąć.
Trudno. Niech teraz radzi sobie sam.

Na fotografii Bydlog w latach świetności.





czwartek, 27 marca 2014

Buty i szybkie żarcie

Przykro jest kiedy tak człowiek rano wstanie i właściwie nie ma o czym napisać. Świadczy to o "nic nie dzianiu się" zarówno na zewnątrz jak i w środku. I żeby nie wiem jak się wysilać nic nie przychodzi do tego pustego łba. 
Może już wszystko zostało powiedziane ? 
Ej, a jednak wczoraj coś się wydarzyło. Pojechałem z młodszym do Sport Direct i kupiłem mu dwie pary butów. Zdziwiło mnie, że dość szybko dokonał wyboru. Jeszcze parę lat temu w takich sytuacjach zachowywał się jak kobieta w sklepie z odzieżą. Zmienia się chłop na lepsze. Po zakupach zeżarliśmy w McDonald`s. Zamówiłem dwa duże maki. Paskudztwo.
Największą radochę z tego wszystkiego miał kot bo on uwielbia pudełka po butach. Jak wlazł do jednego z nich tak już siedział cały dzień. 
W Lotto dalej nic. Ale się nie zrażam.
Facet od żywopłotu wciąż się nie odzywa. Zaczynam się o niego martwić.
A ja dziś od rana dół. Poranny paskudny dół. 

Dziś Bydlog na rozdrożu w ponurym klimacie pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. 


środa, 26 marca 2014

Dziwny przypadek Piotra Dukala (10)

Usłyszałem w słuchawce sygnał. Koniec rozmowy. Zrobiło mi się słabo. Osunąłem się na podłogę. Siedziałem tak jeszcze oparty o szklaną ściankę budki telefonicznej sam nie wiem jak długo. Ostatecznie jakoś się pozbierałem i ruszyłem w stronę domu. Puste ulice, ciemne okna w budynkach potęgowały uczucie narastającego we mnie niepokoju.

Następnego dnia długo rozmyślałem o tej rozmowie. Próbowałem to rozgryźć, ale każdą kolejną, przychodzącą do głowy teorię odrzucałem. Czułem się jak pionek manipulowany przez jakieś niewidzialne ręce, jak marionetka sterowana za pomocą tajemniczych sznurków prowadzących nie wiadomo gdzie. Możecie mi uwierzyć – nie było to przyjemne uczucie.
Moje rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Zajrzałem w judasza i zobaczyłem zupełnie obcego mi faceta. Otworzyłem.
- Cześć – powiedział. Chudy, wysoki, na oko z dziewiętnaście lat. Rozczochrane włosy koloru blond i twarz chomika.
- Cześć – odpowiedziałem. Musiał zauważyć, że patrzę na niego tak jakbym pierwszy raz go w życiu widział.
- Co tak dziwnie łypiesz ? Mam coś na gębie ?
- Nie. Wszystko w porządku – odpowiedziałem nieco zmieszany.
- To jak wpuścisz mnie czy będziemy tak stali i się gapili na siebie ?
- Nie..hmm…to znaczy…no wchodź, pogadamy… - otworzyłem szerzej drzwi.
Wszedł do mieszkania, a ja poczułem nieprzyjemny zapach. Gość chyba nie był zwolennikiem częstych ablucji. Zamknąłem za nim drzwi i pomyślałem, że może on ma coś wspólnego z wczorajszym telefonem. Szybko jednak wyprowadził mnie z błędu.
- Słyszałem, że do matury nie podchodzisz. Co jest ?
- Od kogo słyszałeś ?
- Od Ady. Zresztą wszyscy już o tym wiedzą. Takie sensacyjki szybko się roznoszą.
Wlazł do mojego pokoju i zaczął przeglądać płyty. Zachowywał się niczym stały bywalec i pewnie nim był. Szkoda tylko, że ja o tym nie wiedziałem.
- To jak powiesz mi co odpierdalasz czy to jakaś tajemnica.
Zaczęło mnie wkurzać to jego „to jak” a jeszcze bardziej fakt, że nie miałem pojęcia kim jest.
Rozsiadł się w fotelu i wyjął paczkę papierosów.
- Masz coś do picia ?
- To znaczy co ?
- No jakieś piwo najlepiej.
- Nie. Mam tylko trochę koniaku.
- To dawaj. Łykniemy po kieliszeczku, pogadamy.
Kiedy wróciłem z butelką „Słonecznego Brzegu” zdążył już wypalić papierosa i zaczął gmerać przy radiu. Nalałem do dwóch szklanek, tak na dwa palce. Wziął szklankę i skosztował.
- Niezły. To jak mówisz co jest ?
- Nic. Po prostu nie czuję się na siłach.
Omal nie zakrztusił się kolejnym łykiem. Przy okazji rozchichotał się jak stary diesel. Nieprzyjemny był ten jego chichot.
- Ty kurwa nie czujesz się na siłach. To co ja mam powiedzieć. Naprawdę mnie rozbawiłeś.
Nic nie powiedziałem. Co niby miałem mówić.
- Wiesz ja mam całkiem inną teoryjkę na ten temat – zaczął wywód.
- Tak… ?
- Z tego co mówiła mi Ada odjebało ci zaraz po twojej imprezie. Ostro porządziliśmy. Zdaje się, że niepotrzebnie zapodałem ci schizę. Na niektórych to dziadostwo zostawia permanentny ślad. Wspomniała też o twojej opowiastce o podróży w czasie. To by się składało do kupy – zakończył wypowiedź z nutką dumy w głosie.
- Schizę ? – spytałem.
- No schizę. Nie gadaj, że nie pamiętasz. Te małe różowiutkie jak świnki pastylki.
- Kurwa nie pamiętam…
I nie mogłem pamiętać. Kiedy rzekomo brałem te różowiutkie pastylki tak naprawdę byłem w „Kolorowej” ponad dwadzieścia lat później.




Czy Bydlog jest eunuchem ?

Dzieciństwo spędzałem głównie z dziewczynkami. Miałem z dziesięć małoletnich sąsiadek. Aż dziw, że nie zostałem grodzką albo homo.
Włosy miałem spięte spinką, a jedyny męski atrybut to nieodłączny rewolwer.
Może dlatego - podsumowując dziś moje życie - muszę stwierdzić, że miałem sto razy więcej przyjaciółek niż kochanek.
Czyżbym był kimś w rodzaju psychicznego eunucha ?



Bydlog nie ma doświadczenia

Jest poranek więc tak z obowiązku wypada coś napisać. Zwłaszcza, że statystyki lecą w dół, na łeb na szyję. Co prawda od kiedy zrezygnowałem z udziału w konkursie na blog roku 2014 przestało mi na popularności zależeć, lecz jednak tkwi w człowieczej dupie jakaś tam szpilka blogowej ambicji. 
Czuję się jakbym wczoraj ostro pochlał co jest niesłychanie dziwnym zjawiskiem ponieważ od soboty nie miałem w ustach grama alkoholu. Wieczorami piję herbatki owocowe z miodem i cytryną, melisa się skończyła, co gorsza zniknęła też z półek w polskim sklepie. W supermarketach też jej nie ma, prawdopodobnie Anglicy nie znają tego zioła. Byłem na zewnątrz na rakotworze, niebo bez jednej chmurki, Słońce nisko wisi nad horyzontem, jest jakiś taki dziwaczny chłodek - zapowiada się pogodny dzionek.
Facet od żywopłotu się nie odzywa - trzeba będzie chyba szukać alternatywnej firmy.
Żywopłot to teraz obsesja mojej żony - twierdzi, że odgradza nas i suszące się pranie od zbawiennego wpływu promieni słonecznych. 
14 kwietnia zaczynam kurs wózków widłowych FLT counter balance mając nadzieję, że nie okaże sie po jego ukończeniu, że "sorry, my potrzebujemy owszem kogoś z licencją, ale musisz mieć przynajmniej roczne doświadczenie". Wszędzie szukają z doświadczeniem, żeby zostać gościem od opróżniania kubłów na śmieci wymagane trzyletnie doświadczenie, żeby mieszać marchewkę z ziemniakami i majonezem w fabryce sałatek - roczne doświadczenie. Normalne jaja. Nie można - się - kurwa - przebranżowić bo wszędzie żądają cholernego doświadczenia. 
Najgorsze jest to, że ja mam doświadczenie tylko w "przynieś, podaj, pozamiataj" jeśli chodzi o Anglię, bo zdobytego w Polsce doświadczenia oni tu nie biorą pod uwagę.
Kiedy byłem małym chłopcem bardzo chciałem zostać "śmieciarzem" czyli panem, który jeździ z tyłu ciężarówki-śmieciarki i opróżnia kosze. "Śmieciarzem albo traktorzystą. Fascynowały mnie takie maszyny, lecz świętej pamięci mamuśka sukcesywnie przez lata wybijała mi te pomysły z głowy.
Chciałem też być żołnierzem przez co byłem na moim podwórku pośmiewiskiem. W moich kręgach towarzyskich "chcenie" służenia Ojczyźnie w mundurze było faux pas. Największym argumentem kolegów przeciw - był fakt, że w wojsku trzeba jeść grochówkę. Dziwne. Ja uwielbiałem grochówkę.
Zresztą w tamtych czasach wszystko było dziwne. Na przykład pierwszego banana w życiu zjadłem kiedy miałem około pięciu lat. Wcześniej ten owoc był mi kompletnie nie znany. Braki w zaopatrzeniu.
Ech znowu na wspomnienia mnie wzięło. Oglądam zdjęcia z dawnych lat i myślę jakie to dziwne, że istniejący wtedy świat zniknął bezpowrotnie, już nigdy się w takim kształcie, z tamtymi ludźmi i problemami nie pojawi. Czasami żałuję że nie urodziłem się gdzieś około 1946 roku, że nie spędziłem najlepszych lat życia w latach sześćdziesiątych. Wtedy było cudownie dziko i pierwotnie. Niestety bylem wtedy jeszcze zbyt małym gówniarzem żeby tamte lata odpowiednio docenić. A teraz byłbym już na emeryturze albo w ziemi i z pewnością nie prowadziłbym tego idiotycznego blogaska.
Na zdjęciu Bydlog z samochodem śmieciarką.




wtorek, 25 marca 2014

Historia Guerilla Magilla w odcinkach

Myśl o założeniu partyzantki miejskiej Guerilla Magilla zaczęła kiełkować w mojej głowie już na początku lat siedemdziesiątych. Na początku chodziło o wywołanie powstania przeciwko Ruskim, których koszary blokowały mi drogę do szkoły, w której miałem za parę lat rozpocząć edukację.
Na poniższej fotografii Bydlog, a w tle właśnie ruskie koszary blokujące drogę do szkoły.


Ogólne informacje

Wstałem automatycznie jak żywy trup. Nawet nie wiem, którą nogą. Kawa niczym magiczny eliksir przywróciła mnie do życia. Na dworze siąpi co jest tragedią narodową dla kota. Koci naród zwiesza dziś swoje flagi do połowy masztu i nosy na kwintę. Przede mną kolejny pusty dzień. Najbliższy termin kursu na wózki widłowe to 14 kwietnia. Mam zamiar się zapisać - zawsze to lepiej mieć niż nie mieć, mimo zaporowej ceny 500 funtów. Wczoraj odwiedził mnie Sam Smith, miał przez moment pracę "na czarno", układał cegły. Oszukali go oczywiście na wypłacie, zapłacili mniej niż obiecywali i wrócił do punktu wyjścia czyli bezrobocia.
Posiedział z dwie godziny, wypiliśmy kawkę jak dwie sąsiadki w polskim bloku, zapaliliśmy parę skrętów i pomarudziliśmy na życie. Porozmawialiśmy o starych znajomych z Tesco, okazuje się, że wielu zrezygnowało z powodu pogarszających się warunków pracy. Z tego co Sam mówi, a pewnie nie kłamie, bo ma wiadomości z pierwszej ręki - wymagania w stosunku do teskowych roboli wzrosły przynajmniej dwukrotnie, a płace niestety stoją w miejscu. Firma jak widać szuka oszczędności, oczywiście na ludziach. W sumie nie jest to dziwne wobec narastającej konkurencji - podobno nawet sieć sklepów "za funta" planuje rozszerzać asortyment i konkurować z supermarketami cenowo.  
Co jeszcze. Przez trzy dni żywiłem się kapuśniakiem choć nie przepadam. W niedzielę małżonka rzuciła się na mnie z nożyczkami i maszynką pozbawiając włosów na głowie. Jest coś z maszyny czasu w fotelu fryzjerskim. Ja zawsze poddając się procesowi strzyżenia wspominam poprzednie, czasem z przed wielu lat postrzyżyny. A było ich naprawdę nie mało. Niektóre u fryzjera, niektóre amatorskie, w różnych miejscach, różnych czasach i różnych okolicznościach. A na koniec włosy i tak znów odrastają.
Obejrzałem film "Snowpiercer" - nawet fajny, ale trochę za mało krwi jak na taką jatkę. Pewnie nie chcieli podwyższać ograniczeń wiekowych żeby gimbazę do kina ściągnąć.
Teściowa wierci małżonce dziurę w brzuchu żeby dzieci zagonić do bierzmowania. Dzieci !
Dwóch dorosłych typów, którzy jak sami nie zechcą i nie będą czuli potrzeby za skarby nie pojawią się w kościele. Teściowa jednak jakby tego nie rozumiała, zapowiada nawet, że specjalnie na to bierzmowanie przyleci z Polski w odwiedziny. Powodzenia życzę. 







poniedziałek, 24 marca 2014

70 rocznica ucieczki ze Stalag Luft III

Dziś 70 rocznica wielkiej ucieczki z obozu jenieckiego Stalag Luft III niedaleko Żagania. Przypomina o tym wydarzeniu telewizja BBC. Na podstawie tej historii powstał znany film pod tytułem "Wielka ucieczka" ze Stevem McQueen`em w roli głównej. Piękny polski las w brytyjskiej BBC to niezwykła rzadkość więc stwierdziłem, że warto o tym napisać.
Ja czuję się jak wyczerpana bateria w telefonie komórkowym. Tak mniej więcej jedna kreseczka została.
Kolejny tydzień przede mną, kolejny beznadziejny fragment życia.
Wracając do tego pubu, o którym wspominałem w poprzedniej notce.
Beznadzieja. Myślałem, że spotkam kogoś znajomego, pogadam. Nic z tego. Klientelę stanowiło mieszane, zdrowo już podpite towarzystwo a główną rozrywkę karaoke. Jedno muszę przyznać - Anglicy potrafią śpiewać. Poznałem ich wielu, ale prawie każdy z nich potrafił całkiem poprawnie śpiewać. Nie wiem na czym to polega. 
Męczę to Dark Souls i porównuję siebie do bohatera granego przez Adama Sandlera w niezłym filmie "Reign over me". Porównuję, ech. On miał o niebo większe problemy niż ja, więc co tu porównywać. Chodzi mi o jego ucieczkę w świat kultowej i przepięknej  gry, o ile pamiętam "Shadow of Colossus"
No i piosenka The Who pod tytułem "Love reign over me" śpiewana w tym filmie przez Pearl Jam - dość przejmująca. 
I tak wyszła mi z rana zramolała, dziadygowata notka. Jestem beznadziejny.








niedziela, 23 marca 2014

Geniusz gry psychologicznej

Tak naprędce tylko. Przedwczoraj późnym wieczorem cholernie zachciało mi się iść do pubu.
Nie wiedziałem jak zagaić do żony więc po prostu pokłóciłem się z nią jednostronnie o pierdołę, którą szybko wymyśliłem i wyszedłem z domu trzaskając drzwiami.
W pubie spędziłem około godziny wypiwszy dwa czy trzy Guinessy. Po powrocie małżonka była niezwykle miła.
Tak, że i piwo wypiłem i małżonka sympatyczniej na mnie spojrzała.

Jestem geniuszem gry psychologicznej. 

piątek, 21 marca 2014

Ludzie są nieładni

Ale ludzie to są naprawdę nieładni. Wystarczyło, że nic nie napisałem od iluś tam godzin i przestali tu zaglądać. A ja byłem zajęty graniem w Dead Souls II. Jest to wredna, skurwysyńska gra (oldskulowa), w której ginie się regularnie co pięć minut. Naprawdę trzeba mieć żelazne nerwy żeby ją przejść. A ja powiedziałem sobie, że przejdę ponieważ pierwszą część przeszedłem to i tą przejdę. Ach i nie wiem czy słyszeliście o tym, że jak komuś odetnie się głowę za pomocą gilotyny to ta głowa ma jeszcze świadomość przez około 11 sekund. Po prostu dopóki krew jest w mózgu procesy wszelakie nadal trwają. Niesamowite prawda ? I udowodnione. Z innych rzeczy, które się wydarzyły to byłem dzisiaj w urzędzie pracy po raz enty w moim jebaniutkim życiu, ale Was to oczywiście gówno obchodzi, bo Wy nie macie takich problemów. Macie wille z basenami, stać Was na kokę i Wielką Orkiestrę, jesteście piękni, młodzi i inteligentni i nie straszne Wam są życiowe wyzwania. Na domiar złego żona znów sernik piecze żeby mnie już upaść na amen. A ja dziś piję Żywce i oglądam Wenus w Futrze Polańskiego. Film jak film całkiem niezły jak na mój spaczony gust ( film z kategorii "nic się nie dzieje"), ale wszystkim, którzy lubią naprawdę dobrą muzę i mają coś w głowie polecam piosnkę Velvet Underground pod tytułem Venus in Furs. I tak sobie pomyślałem,że chyba z nudów zrobię sobie...nie, nie tatuaż, ha, ha - lecz kurs wózków widłowych i będę prawie jak Ellen Ripley ( czyli Sigourney Weaver, prawda, że trudne do napisania - i za cholerę nie wiem czy dobrze napisałem, mniejsza z tym, każdy wie o kogo chodzi )w drugiej części Obcego. Ech, tak się rozgadałem. ale to dlatego, że się za Wami stęskniłem mimo, że nieładni jesteście i potraktowaliście mnie jak piąte koło u wozu, ale po dostojewsku Wam wybaczam bo wiem jacy są ludzie, nie urodziłem się wczoraj przecież. Nie wiem czy to ważne, ale kotu pazury dzisiaj obciąłem i zamówiłem gościa do cięcia żywopłotu - wiosenne porządki. W polskim sklepie kupiłem sobie dziś kawałek wędzonego halibuta - i powiem Wam, że to jedna ( według mnie ) z najlepszych wędzonych ryb jakie jadłem w ciągu ostatnich sześciu lat.
W ostatnim tygodniu obejrzałem jeszcze Jacka Stronga - nie za bardzo mi podszedł, wcale on taki strong nie był, i Wilka z Wall Street - świetna komedia i naprawdę strong choć chujnia.
Dla zainteresowanych - seksu żadnego wiosennego ani żadnych dildów jeszcze nie było i się nie zapowiada.


czwartek, 20 marca 2014

Odpoczynek.

Chyba dam Wam od siebie odpocząć.


Dziwny przypadek Piotra Dukala (9)

Rozmowa z Adą nie należała do łatwych. Opowiedziałem jej wszystko, całą szczerą prawdę. Nie uwierzyła w ani jedno słowo. 
- Po co ściemniasz ? Nie możesz po prostu powiedzieć mi, że mnie nie kochasz ? Po co te bajki o podróżach w czasie ? – powiedziała. Była zdruzgotana. Zrobiło mi się bardzo smutno. Próbowałem ją jakoś rozweselić, ale nic z tego nie wychodziło. 
- Jak możesz robić mi coś takiego ? – spytała. 
- Przepraszam, przepraszam – to jedyne słowa jakie potrafiłem powiedzieć. Słowa, którymi można było podetrzeć sobie tyłek. Kiedy wracałem od niej do domu był już późny wieczór. Byłem przygnębiony. Naprawdę nie chciałem krzywdzić tej dziewczyny. 

Po drodze, na skrzyżowaniu ulic stała budka telefoniczna. Światła latarni odbijały się w jej szklanych drzwiach a w środku rozległ się dźwięk dzwonka. Rozejrzałem się dookoła. Żywej duszy. Wszedłem do środka. Telefon wciąż dzwonił. Podniosłem słuchawkę. 
- Piotr ? – usłyszałem męski głos. 
- Słucham ? – powiedziałem. 
- Piotr Dukal ? 
- Tak. 
- Nie jest lekko, prawda ? 
 - Z kim rozmawiam ? 
- Z kimś kto zna i rozumie twoje problemy. 
- O co tu kurwa chodzi ? ! – krzyknąłem ze złością. 
- Próbujemy ci pomóc. Cały czas nad tym pracujemy. 
- Kim jesteś ? 
- Możesz nazywać mnie swoim Aniołem Stróżem. 
- A… 
 -Słuchaj uważnie. Będę z tobą w kontakcie. Nie jesteś sam. Nie mogę w tej chwili powiedzieć nic więcej. 
Usłyszałem w słuchawce sygnał. Koniec rozmowy. Zrobiło mi się słabo. Osunąłem się na podłogę.

środa, 19 marca 2014

Koty

Dobra, dobra, starczy tej polityki. Wiadomo, że ten kto się w Polsce jakoś ustawił będzie za Tuskiem bo boi się Kaczyzmu. Nawet za cenę bzdur głoszonych oficjalnie w TV i wysokich podatków.
Wielu głosuje na PO bo nie ma na kogo. Reszta olewa. Taka to demokracja.
Najzabawniejsze, że dziś Michnik się nagle nawrócił i mówi, że czarno widzi Polskę bez Kościoła Katolickiego. Ha, ha, ha - jak cudownie pokrętny człowiek. 
Zmieniam temat.

Leonardo da Vinci powiadał, że nawet najmniejszy kot jest arcydziełem.

Hemingway podobno kupił krowę żeby mieć mleko dla swoich czterdziestu kotów. No, aż tak to mnie jeszcze nie pogięło. Koty to jedne z nielicznych stworzeń, które żyją na pograniczu dwóch światów. Widzą rzeczy, których my nigdy nie ujrzymy. Może to i bajka, ale podoba mi się. Najważniejsza kocia rola w kinie według mnie to nie sztuczny kot Garfield, lecz rudy Jonesy lecący na pokładzie "Nostromo". 
Drugie miejsce dałbym Rademenesowi. Taki to by się przydał.
W literaturze króluje Behemot. 
 A ja mam kota na punkcie kota. 
Taki już jestem i nie ma na to lekarstwa.




Skurwysyny

W mojej rodzinie istnieje tradycja przeklinania przemawiających w telewizji.
Dziadek przeklinał Gierka.
Ojciec Wałęsę.
A ja Tuska.




A propaganda w telewizji publicznej osiągnęła Mont Everest.
Jak ja nienawidzę tych skurwysynów.

Dziwny przypadek Piotra Dukala (8)

Następnego dnia przejrzałem maturalny podręcznik do historii, który leżał u Ady na półce. Najbardziej zdumiało mnie to, że druga wojna światowa nigdy nie wybuchła. Piłsudski wykorzystując toczące się w Niemczech i Rosji rewolucje, za pomocą uderzeń prewencyjnych – umocnił pozycję Polski na mapie Europy. Tak właśnie pisało w podręczniku: „uderzenia prewencyjne”.
Dziś nasz kraj posiadał broń nuklearną i pół milionową armię. Związek Sowiecki owszem istniał, ale w kadłubowej formie, w dodatku szarpany wieloma etnicznymi, religijnymi i ideologicznymi konfliktami. Syberię podzieliły między siebie Chiny i Stany Zjednoczone. Większa część Niemiec połączona była z Polską na zasadzie federacji. Zachodnia Ukraina, Białoruś, Litwa, Inflanty i Prusy Wschodnie z Królewcem należały do Polski. Dzięki odkrytym w latach siedemdziesiątych bogatym złożom ropy, gazu i uranu byliśmy niezależni energetycznie.
W ciągu jednej nocy stałem się obywatelem mocarstwa atomowego.

Do matury został niecały tydzień. W międzyczasie miałem okazję poznać moich rodziców. Mówię „poznać” bo nie mam pojęcia jakiego innego określenia mógłbym użyć. Wciąż byli to moi staruszkowie, ale jak bardzo inni. Trudno ocenić czy lepsi czy gorsi. Najpierw ucieszyłem się, że widzę ich w dobrym zdrowiu i odmłodzonych. Moja radość jednak nie trwała długo. Bardzo szybko pokłóciłem się z ojcem, a matkę doprowadziłem do łez. Ojciec z konserwatysty zamienił się w lewicującego liberała. Kiedy powiedziałem mu, że nie mam zamiaru przystępować do egzaminów, dostał białej gorączki.
- To co, to co masz zamiar robić ? Wiesz, że wezmą cię do armii ! Naprawdę tego chcesz ?

Nie uśmiechało mi się iść do wojska więc byłem w kropce. Nie wiedziałem co powiedzieć.

Przepiękna cudowna wiesna

Ojejku, jaka dziś cudowna, przepiękna wiosna. Promienie słoneczne delikatnie pieszczą moją nieogoloną mordę, do ucha wpadają odgłosy budzącej się do życia fauny, a ja piję w gardenie kawkę ( nawet nie kawę tylko właśnie pieszczotliwie kawkę ) i palę papieroska. Aż chce się żyć. W dodatku przemyślałem mój pomysł o kolei transsyberyjskiej, zerknąłem na swoje finanse i możliwości - i co się okazało. Że już dziś mógłbym rezerwować bilet. Nie zrobię tego jednak. Na co mi to. Tłuc się ponad dwa tygodnie w ruskim, śmierdzącym pociągu i jeszcze za to płacić. Takiego wała. 
I tak mi się jeszcze cudowniej i przepiękniej zrobiło, że jednak mogę coś zrobić, ale nie muszę i nie chcę. Dotarło do mnie jak wolnym i szczęśliwym jestem człowiekiem.
Byłem dziś w Walkden w nie swojej sprawie - ale tu w północno-zachodniej Anglii gdziekolwiek by człowiek nie był - wszystko i tak wygląda identycznie.
W Aśdzie kupiłem burgery z jelenia - ot tak z fantazji i dla odmiany, oraz belgijskie piwo, którego jeszcze nigdy nie piłem. Przypomniało mi się jak mój młodszy ( kiedy jeszcze naprawdę był młody ) prosił w sklepie spożywczym swoją mamusię, a moją obecną żonę, żeby mu kupiła jakieś tam cukiereczki :
- Mamo, mamo kup mi tamte. To są moje najulubieńsze. Ja jeszcze nigdy ich nie jadłem !

Mówię Wam. Coś czuję, że sprawy zaczynają iść w dobrym kierunku. Co prawda dowodów nie mam, ale jakieś takie przeczucia. Mam nadzieję, że wiosna nie okaże się wredną, oszukańczą kurwą.



wtorek, 18 marca 2014

Biadolenie nie umiera nigdy czyli Bydlog vs James Bond

Pomyślałem, że byłbym świetnym adwersarzem Jamesa Bonda. 
On, angielski agent 007 z licencją na zabijanie w obronie demokracji. Pan i gentleman.
Ja cham i prostak.
On martini. Ja wódka.
On na śniadanie tosty, jajka i bekon.
Ja serek wiejski i kiełbasa myśliwska.
On papierosy na specjalne zamówienie z dwoma srebrnymi lamówkami w złotej papierośnicy.
Ja podłej jakości skręty z najgorszej zmiecionej z podłogi machorki.
On tysiące prześlicznych kochanek.
Ja dwie żony i parę przygodnych miłostek.
On gadgety. Ja gadżety.
On James Bond postrach wszystkich czarnych charakterów.
Ja Bydlog, komendant partyzantki miejskiej Guerilla Magilla, planujący szereg rewolucji w celu destabilizacji zachodnich metropolii i rozpieprzenie Jewropejskiego Sojuza. Mam też chętkę na rozwałkę Pedalskiej Międzynarodówki.
Czasami z kotem na kolanach, czasami grający w hokeja z Putinem, popijający szlachetne trunki w czasie oglądania amerykańskich filmów razem z Kim Yong Namem. 
W dodatku nienawidzę Brytyjczyków i ich cholernego MI6. Naprawdę jestem świetnym kandydatem.
So...zapraszam pana Mr Bond do mojej tajnej posiadłości w Horwich gdzie najpierw będzie pan musiał stawić czoła zawodowym zabójcom z Obłędu 66, mojej małżonce doskonale wyszkolonej w operowaniu igłą i nicią, gardenowi pełnemu krwiożerczych ślimaków i nieznaną formą życia w zgniłych liściach a na koniec dachowcowi rasy europejskiej z pazurami i polskim paszportem.
Gwarantuję wstrząśnięcie bez mieszania.


Bydlog przyznaje się ( oficjalnie )

Ileż można się oszukiwać. Najwyższy czas to sobie powiedzieć. Jesteś beztalenciem chłopie i nikt ani nic już tego nie zmieni. Po co się szarpać. Trzeba się z tym pogodzić.
Taka to rozmowa ze sobą przy porannej kawie. 
Sześć lat na wygnaniu, sześć straconych lat. A można było zaraz po przyjeździe dziecko zrobić.
Byłaby teraz sześcioletnia, biegająca po domu radość i pieniądze z Child Benefit Office.
Jestem na marginesie świata. Nic nie osiągnąłem i do niczego nie doszedłem.
Uziemiony na pierdolonej wyspie. Naprawdę źle pokierowałem swoim życiem.
Ale to wszystko i tak nic, zwykła marność, nie ma się czym przejmować.






poniedziałek, 17 marca 2014

Masowa turystyka synonimem fermy drobiu

Ogarnęło mnie straszne lenistwo. Coś tam niby robię, ale ciężko idzie i oczy się zamykają.
Winię senny dzień i przymuloną aurę. Słońca brakuje. 
W wiadomościach trąbili jak to Polacy masowo rezerwują wakacje w Grecji, Turcji czy innej Hiszpanii.
Nienawidzę masowej turystyki, jest to coś tak ohydnego jak hodowla kurczaków.
Osobiście z chęcią przejechałbym się transsyberyjską z Moskwy do Pekinu. To jest dopiero przygoda.
Niestety w moim przypadku można jedynie pomarzyć.
Albo znów napić się melisy i śnić, śnić, śnić.


Dziwny przypadek Piotra Dukala (7)

Rzuciłem gazetę na stolik w przedpokoju i poszedłem za nią do kuchni. W głowie kłębiło mi się tysiące myśli. Tysiące pytań, które chciałbym zadać. Musiałem od podstaw zacząć uczyć się świata, w którym się znalazłem. Najgorsze, że nie wiedziałem od czego zacząć.
- Ciekawe jak tam teraz Karol – powiedziałem.
- Tego się tak szybko nie dowiemy. Szkoda chłopaka. Mam tylko nadzieję, że wzięli go do armii a nie do Berezy. Trzeba się pilnować na każdym kroku. A ty wszystko lekceważysz. Choćby ta wczorajsza osiemnastka. Gdyby ktoś doniósł mielibyśmy nalot i wszystkich by zwinęli.
- Przecież każdy organizuje osiemnastki.
- Każdy, każdy. Wiesz, że nie o to mi chodzi.
Ada kroiła chleb a ja miałem wreszcie okazję żeby się jej przyjrzeć. Była ładna, ale mój stary umysł odbierał ją bardziej jak córkę niż kochankę.
- Co się tak wgapiasz ? Dziś i tak nic z tego nie będzie. Ciocia przyjechała.
Ulżyło mi. Jeden chwilowy problem miałem z głowy.
- Ale i tak zostaniesz na noc. Staruszek wraca dopiero we wtorek. I nie stój tak tylko pomóż mi z tymi kanapkami – powiedziała stanowczo.
Siedzieliśmy w jej pokoju, w blasku świec zajadając kanapki z szynką i pomidorem. Byłem głodny jak wilk, a białe, półsłodkie wino, które Ada wyciągnęła z zapasów ojca jeszcze bardziej wzmogło mój apetyt. Nasze cienie tańczyły na ścianie, przyciszona muzyka płynęła z radioodbiornika. Dobrze zapamiętałem tamten wieczór, bo był to jeden z tych niezwykle rzadkich momentów w życiu, kiedy cały świat zewnętrzny odpływa i znika, a zostaje tylko „tu” i „teraz”. W takich chwilach człowiek pragnie zatrzymać czas i modli się o to żeby jutro nie nadeszło. Poza tym wtedy pierwszy raz poczułem, że zaczyna we mnie kiełkować ziarenko innego spojrzenia na rzeczywistość. Ziarenko wewnętrznej zmiany. Cała otaczająca nas atmosfera ulotności skłaniała do zwierzeń. Rozmawialiśmy do późna. Nie był to właściwie dialog, mówiła głównie ona. Ja wtrącałem raz na jakiś czas zdawkowe pytania, delikatnie nakierowując rozmowę na interesujące mnie tematy. W  ten sposób nie wzbudzając większych podejrzeń dowiedziałem się wielu nowych rzeczy. Ojciec Ady pracował przy budowie elektrowni jądrowej na Zaolziu. Był inżynierem, a jego praca związana była z częstymi wyjazdami. Jej matka zmarła na raka, kiedy Ada miała 12 lat. I ojciec i córka strasznie to przeżyli. Ta śmierć oddaliła ich od siebie. Ada, która zawsze była oczkiem w głowie ojca, musiała zacząć sobie dawać radę sama. Kiedy był jej najbardziej potrzebny, kiedy najbardziej potrzebowała jego bliskości, on żeby o wszystkim zapomnieć rzucił się w wir pracy. Jego ciągłe delegacje i stała nieobecność w domu zmusiły ją do przejęcia obowiązków pani domu. Na początku miała do niego żal, ale z czasem zaczęła go rozumieć i ostatecznie wybaczyła. Sposób w jaki opowiadała o swoim samodzielnym życiu, poważne podejście do przyszłości, do planów i marzeń, wszystko to razem sprawiło, że z każdą mijającą chwilą, z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem stawała się w moich oczach coraz dojrzalszą i ciekawszą osobą. O niebo dojrzalszą od Ady, którą pamiętałem z czasów młodości. Kiedy rozmowa zeszła na szkolne tory, dowiedziałem, że historia to mój ulubiony przedmiot. Rozbawiło mnie to, ale nie dałem po sobie poznać. W świetle historycznych faktów, o których dowiedziałem się nieco później zakrawało to na kpinę. Tak czy inaczej maturę mogłem sobie spokojnie odpuścić. Obowiązkowy niemiecki, polski, historia i matematyka. Niemieckiego nie znałem ni w ząb po pierwsze, a po drugie byłem cholernie zaskoczony dlaczego akurat niemiecki jest obowiązkowym językiem obcym. Historia wyglądała podejrzanie, co do polskiego także miałem wiele wątpliwości. Jedynym przedmiotem, w którym jak wtedy wnioskowałem, nie zaszły żadne zmiany była matematyka – ale matematyk ze mnie był żaden. Kiepsko to wyglądało, a w zderzeniu z planami Ady wyglądało wręcz tragicznie. Wcześniej czy później musiałem albo ją zawieść albo powiedzieć jej prawdę licząc, że nie uzna mnie za wariata. Pierwszy raz w życiu zacząłem się przejmować.


niedziela, 16 marca 2014

Zraz wołowy po polsku nazywany też roladą wołową.

Przepis jest prosty jak budowa cepa. Potrzebne do jego wykonania składniki to:
wołowina ( najlepiej w plastrach ),


olej,
śmietana 18 %,
sos pieczeniowy ciemny,
sos pieczeniowy jasny,
cebula,
boczek, bekon lub słonina - ja używam bekonu, o który w Anglii najłatwiej,
musztarda sarepska - według mnie najlepsza,
ogórek kiszony bądź kwaszony,
pieprz.

Najpierw ubijamy mięso na jak najcieńsze plastry. Żeby się nie namęczyć najlepiej poprosić o ubicie mięsa żonę, męża lub kogoś kto jest akurat pod ręką. Ja zazwyczaj proszę o to małżonkę, ale to już wedle uznania.
Jeśli jesteśmy singlem to niestety czynność ta przypada nam.



Ubite plastry posypujemy pieprzem. Na każdy z plastrów nakładamy łyżkę musztardy.



Rozsmarowujemy musztardę na plastrach. Jest to zupełnie nieskomplikowana czynność, z którą każdy powinien sobie poradzić.



Przygotowujemy resztę składników. Kroimy bekon, cebulę i ogórki.


Rozkładamy nasze pokrojone dodatki na posmarowanych musztardą plastrach.



Zawijamy rolady. Żeby mięso się nie rozwalało przy dalszej obróbce spinamy je używając wykałaczek, lub metalowych szpikulców. Moja babka używała igły i nici po prostu je zszywając.


Obsmażamy z obu stron. Ja do smażenia używam oleju słonecznikowego. Można użyć masła, smalcu czy margaryny do smażenia - wedle uznania.


Obsmażone rolady przekładamy do rondla razem z całym tłuszczem i zalewamy wodą tak aby woda całkowicie je zakryła.


Przykrywamy rondel i dusimy mięso na małym ogniu tak długo aż rolady staną się kruche i miękkie.

Następnie robimy sos. Ja używam gotowców dowolnej firmy, wiem, wiem, chemia i konserwanty - ale mi smakują.


Do sosów w proszku dodajemy łyżkę śmietany 18 %.


Dodajemy wody i mieszamy.


Po dokładnym wymieszaniu zawartość wlewamy do rondla z roladami i mieszamy. Doprowadzamy do zagotowania. Czekamy aż sos zgęstnieje.


Podajemy z ziemniakami, kluskami śląskimi lub kopytkami.


Po tak wysokokalorycznym posiłku pozostaje jedynie drzemka.


Bydlog staje się Dużym Złym Wilkiem

Wczorajszy dzień minął dość sennie. Wziąłem się za zaległe gry na playstation. Najpierw na tapecie znalazł się drugi epizod mrocznej gry nawiązującej do noir pod tytułem The Wolf Among Us. Wcieliłem się w rolę wilka z bajki o Czerwonym Kapturku, który nosi nazwisko Bigby Wolf i prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczych morderstw. Później zacząłem grać w Bioshock Infinite 
Niestety potwierdziła się moja teoria - gry nie sprawiają mi już tyle frajdy co kiedyś. 
Chyba się zestarzałem.
Zestarzałem się na tyle, że wieczorem obejrzałem "Wałęsę" Wajdy i "Znachora" z 1981 roku.


piątek, 14 marca 2014

Nocne wkurwienie

Jeszcze przed snem musiałem się wkurwić zdenerwować. Jakiś skurwiel sprzątnął mi z przed nosa ponad sto siedem milionów funtów w Euromilion. Aż kot wyczuł złe fluidy i zaczął trzepać ogonem o dywan. 
Że też się tacy rodzą.
A i doszedłem dlaczego kocisko boi się wychodzić na dwór. Jakiś bydlak na przeciwko zawiesił kilka bujających się na wietrze balonów. Kot myśli, że to Zmory Zegadłowicza.
No i dziękuję dziewczyny za spełnienie mojego marzenia ponad stu komentarzy w jednej notce.
Pierwszy raz w życiu osiągnąłem jakiś sukces.


Chce mi się gadać

Chce mi się gadać a nie mam z kim. Żona chrapie, kot sztywny a ja zwyczajowo samotny jak "Nostromo" w otchłani kosmosu. I żadnego sygnału S.O.S. Bida z nędzą, panie dziejku. Chyba zacznę gadać sam ze sobą tocząc monolog wewnętrzny. A może jak w "Solaris" pogadam z upiorami umysłu. Już nawet czuję wielki, wszechobecny Ocean wokół mnie. Kurwa, co ten Hemingway pierdolił. Ja jestem samotną wyspą. Najsamotniejszą wyspą na wyspie. A w ogóle to wyspa rymuje się z cystą. Nieprzyjemnie się rymuje. Krakowsko - częstochowsko, ale to żadne usprawiedliwienie. Help ! I need somebody !
Ok, ok nie tragizujmy. Samolot spada pionowo w dół z wielką prędkością, ale zawsze jest jeszcze szansa.
Prawda ?
Wariuję. Wariacje krążą wokół mnie. I nie kojarzyć z Pendereckim.
Bydlogowi serce pęka z jebanej samotności.
Wiem jutro będę się wstydził tego co napisałem.
Ale do jutra daleko.



Reklamy gmerają w mózgu Bydloga

Pooglądałem trochę reklam.
Najbardziej spodobała mi się: SPONSOREM LIGI MISTRZÓW JEST GAZPROM.
Jakże na czasie.
Dobra była też: WOJSKO POLSKIE CZASEM NIEWIDOCZNI ZAWSZE OBECNI.
Chciałaby dusza do raju. Znaczy mamy się nie bać Putina ?


Dziwny przypadek Piotra Dukala (6)

Następne dwie strony zdumiały mnie jeszcze bardziej. Zawierały obszerny reportaż o potężnych polsko-niemieckich manewrach wojskowych na granicy ze Związkiem Sowieckim. Całą operacją dowodził marszałek Wojciech Jaruzelski. Wszystko się kompletnie pokiełbasiło.
Złożyłem gazetę i wsadziłem pod pachę. Droga do pomarańczowego bloku, w którym mieszkała Ada zajęła mi dziesięć minut. Stałem jeszcze chwilę przed domofonem bo nie mogłem przypomnieć sobie numeru mieszkania. Uratowała mnie starsza kobieta z torbą pełną zakupów.
- A kawaler to do kogo ?
- Do Ady.
- A wiem, wiem. Do Potockich. To pod siódemką.
- Dziękuję pani bardzo.
Kiedy znalazłem się już w mieszkaniu zdałem sobie sprawę, że uczucie, jakim kiedykolwiek Adę darzyłem zniknęło bezpowrotnie. Przytuliła się do mnie a ja poczułem się jak oszust. Była zwyczajną, osiemnastoletnią dziewczyną, zakochaną w swoim chłopaku, którym ja przestałem być wieki temu. Jeszcze wczoraj nie przeszkadzało mi to, że bzykam się z kobietami, do których nic nie czuję. Z tym, że one doskonale wiedziały na jaki układ idą. Ale Ada to było coś innego. W tamtej chwili miałem ochotę wszystko jej opowiedzieć nie dbając o to co sobie pomyśli.
- Fuj. Piłeś dzisiaj. Mało ci było wczoraj ? – powiedziała odsuwając się ode mnie - Masz szczęście, że nie shaltował cię patrol. Skończyłbyś jak Karol. Nie wolno tak. Mein Idiot. Zrobię jakieś kanapki. Pomożesz ?
- Tak…pewnie.
Rzuciłem gazetę na stolik w przedpokoju i poszedłem za nią do kuchni. W głowie kłębiło mi się tysiące myśli. Tysiące pytań, które chciałbym zadać. Musiałem od podstaw zacząć uczyć się świata, w którym się znalazłem. Najgorsze, że nie wiedziałem od czego zacząć.
- Ciekawe jak tam teraz Karol – powiedziałem.
- Tego się tak szybko nie dowiemy. Szkoda chłopaka. Mam tylko nadzieję, że wzięli go do armii a nie do Berezy. Trzeba się pilnować na każdym kroku. A ty wszystko lekceważysz. Choćby ta wczorajsza osiemnastka. Gdyby ktoś doniósł mielibyśmy nalot i wszystkich by zwinęli.
- Przecież każdy organizuje osiemnastki.
- Każdy, każdy. Wiesz, że nie o to mi chodzi. 


Nic

Dotarłem do piątku. A każdy dzień minionego tygodnia był jak długa i nudna podróż kosmiczna z przerwami na hibernację. Najlepszy moment dnia to wieczorne pogrążanie się w snach.
W swojej dziecięcej naiwności, której przez tyle lat nie udało mi się pozbyć, wciąż liczę na cud.
Obiecałem sobie pisać i piszę, ale nie jestem zadowolony z zapisywanych treści. 
Ne pozostało mi nic więcej jak traktować to jako zwykłą rozrywkę, coś co zabija czas, którego mam tak wiele. Jestem tak stary, że nic mnie już nie zachwyca, nic nie dziwi - straciłem wszystkie zainteresowania.
Filmy oglądam z niechęcią tylko dlatego żeby zapewnić żonie jakąś rozrywkę. Gry komputerowe mnie odrzucają - nie mogę się wciągnąć w żadną z nich. Muzyki nie słucham, czuję wstręt - nawet samochodem jeżdżę z wyłączonym radiem. 
A jeszcze parę lat temu myślałem - tyle jeszcze do poznania, do zobaczenia, do posłuchania, tak wiele, że życia mi nie starczy. 



czwartek, 13 marca 2014

Dziwny przypadek Piotra Dukala (5)

Nie będę ukrywał, że zaciekawił mnie ten brudnopis. Przewróciłem kartkę. Na następnej stronie wklejone było zdjęcie, jakiś wycinek z gazety przedstawiający pisuar Duchampa i napisane odręcznie moim paskudnym charakterem pisma polityczne wnioski: Jaruzelski to Hitler, czerwoni na szubienice, Wałęsa cipa, rewolucja wojna śmierć, IAN CURTIS JEST BOGIEM. Na kolejnych stronach odkryłem jeszcze całą masę podobnych bzdur, fragmenty szkolnych zapisek, gry w kółko i krzyżyk oraz sporo niezapisanych kartek. Niektórzy mogą się dziwić, że znajdując się w takiej sytuacji siedziałem sobie jak gdyby nic, popijałem koniak i przeglądałem jakieś bazgroły. A co niby miałem robić ? Czasu miałem aż nadto więc zadecydowałem, że nie ma pośpiechu. Pomyślałem wtedy, że zwiedzić ten nowy a zarazem stary świat jeszcze zdążę. Zacząłem analizować fakty. Według wszystkich znaków na niebie i na ziemi był 2 maja 1987 roku. Sobota. Dotarło do mnie, że lada moment trzeba będzie zdawać maturę. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Wtedy nie zdałem, a i teraz szanse były raczej równe zero. Nawet mniejsze niż zero. Co z tego, że miałem tyle lat życiowego doświadczenia. Na egzaminach liczy się tylko wiedza. Chwilowo odgoniłem te szkolne koszmary i zacząłem zadawać sobie pytania z nieco innej działki. Kto wtedy rządził w Polsce ? Jaruzelski ? Nie miałem pojęcia. Te wszystkie wydarzenia polityczne i historyczne zawsze mało mnie obchodziły. W wyborach brałem udział tylko raz w życiu, w 1989 roku. Był to mój pierwszy i ostatni raz. Z tego co pamiętałem w Legnicy powinno być pełno Ruskich a najpopularniejszą gazetą Trybuna Ludu. Nie było telefonów komórkowych a komputery były w powijakach. O kartach kredytowych też mogłem zapomnieć. To mi akurat nie przeszkadzało. Czy były już płyty kompaktowe ? Nie miałem pojęcia. Pomyślałem, że to niesamowite jak mało człowiek pamięta. Wstałem z fotela i wyłączyłem gramofon. Płytę odłożyłem na miejsce i zacząłem majstrować przy Grundigu. Kręciłem gałką aż w końcu znalazłem jakąś stację. W radiu zabrzmiała piosenka U2 „With or without you”. Dolałem sobie jeszcze koniaku w oczekiwaniu na serwis informacyjny. Przymknąłem oczy starając się sobie przypomnieć jakich miałem wtedy kumpli, jak wyglądały moje stosunki rodzinne i czy miałem dziewczynę. Wtedy zajaśniało mi w głowie. No pewnie. Dziewczyna, która dzwoniła to Ada. Chodziliśmy ze sobą w czwartej klasie ogólniaka. Zapisałem w zeszycie jej imię. Przypomniałem sobie nawet gdzie mieszkała. Postanowiłem się do niej wybrać. W radiu muzyka się skończyła, a spikerka zaczęła czytać prognozę pogody na najbliższe dni. Będzie słonecznie , przyjemnie i ciepło – piękny maj. Maj zawsze był moim ulubionym miesiącem roku. Wraz z rozkwitającymi pąkami kwiatów na drzewach gdzieś tam w głębi duszy budziła się jakaś nieokreślona nadzieja i pojawiał optymizm. Na wiadomości ostatecznie się nie doczekałem. Po prognozie pogody dwóch facetów zaczęło dyskutować o jakimś niedofinansowanym schronisku dla zwierząt w Warszawie. Zdecydowałem, że dość tego siedzenia i tych rozmyślań. W szafie w przedpokoju znalazłem swoje buty a z płaszcza mojej matki wysupłałem zwitek banknotów. Pierwszy raz w życiu widziałem takie pieniądze. W zwitku było dziesięć papierowych stuzłotówek. Na każdej z nich widniał napis Polska Republika Socjalistyczna i podobizna Józefa Piłsudskiego. To dopiero było dziwne. W tej nowej przeszłości musiały zajść jakieś zmiany. Pomyślałem, że w drodze do Ady kupię gazetę żeby zaczerpnąć garść świeżych informacji ze świata. Wyszedłem z mieszkania i przekręciłem klucz w zamku. Klatka schodowa wyglądała na dawno nie malowaną. Odrapane ściany, wulgarne napisy. Za to na zewnątrz był piękny i ciepły dzień. Jakieś dzieciaki, których nie kojarzyłem bawiły się w piaskownicy. Po trawniku biegały dwa śmieszne psy z wywieszonymi jęzorami. Ruszyłem w stronę pawilonu handlowego. Minąłem aptekę i zakład fryzjerski, po ulicy przejechała wojskowa ciężarówka smrodząc niemiłosiernie. Ale nie był to ruski samochód. To musiało być polskie wojsko. Sowieci jeździli Kamazami bądź Ziłami - to akurat pamiętałem dość dobrze. Mnie minął Star o numerze rejestracyjnym UNU 4567.
Kobieta w kiosku wydała mi się znajoma. Po chwili rozpoznałem w niej panią Halinę, która w tamtych czasach przychodziła do matki na kawę i plotki.
- Dzień dobry – powiedziałem.
- Dzień dobry, Piotrek – odpowiedziała.
- Trybunę Ludu, poproszę – położyłem na ladzie banknot stuzłotowy.
- Trybunę Ludu ? – spytała. W jej głosie wyczułem nutkę zaskoczenia.
Zajrzałem przez szybę na ułożone starannie czasopisma. Rzeczywiście. Trybuny Ludu nie było. Odczytałem kilka tytułów gazet : Głos Wolności, Gazeta Ludowa, Dziennik Solidarnych.
- To Głos Wolności niech będzie.
Spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Piotrek, nie żartuj sobie tak więcej. Wiesz, że oni traktują takie żarty całkiem poważnie.
- Oni ?- spytałem.
- Dobra, starczy już tego. A Głos Wolności kosztuje 200 złotych.
Dorzuciłem kolejną setkę przypominając sobie o inflacji. Odszedłem kawałek i rozłożyłem papierową płachtę. Gazeta Wolności organ Unii Solidarności. Niezła rymowanka, pomyślałem. Całą pierwszą stronę zajmował artykuł zatytułowany: „Premier Wałęsa podpisał umowę o współpracy gospodarczej z chińskim rządem”. Na czarno-białym zdjęciu przy artykule widać było młodego Wałęsę w eleganckim garniturze. Wielkim długopisem podpisywał w skupieniu jakieś papiery. Obok niego siedział równie wytworny, uśmiechnięty Chińczyk. Za nimi polskie i chińskie flagi.
- Ale jaja – powiedziałem.
Następne dwie strony zdumiały mnie jeszcze bardziej. Zawierały obszerny reportaż o wielkich polsko-niemieckich manewrach wojskowych na granicy ze Związkiem Sowieckim. Całą operacją dowodził marszałek Wojciech Jaruzelski. Wszystko się kompletnie pokiełbasiło.


środa, 12 marca 2014

Traumatyczne wydarzenie przekreśla Kazika

Ech postanowiłem, że przełamię lenistwo i codziennie będę pisać, byle pisać, nie ważne co i jak, bez głębszego zastanawiania się, najwyżej ktoś pomyśli: ot durak, stary a głupi, co mi tam.
Pierwsze co akurat w tym momencie przychodzi do głowy, zupełnie nie mam pojęcia dlaczego, to moja małżonka. Nasz związek nie zaczął się od jakiejś gwałtownej miłości i może i dobrze, bo takie związki potrafią szybko się wypalać. A tak żyjemy sobie w zgodzie już tyle lat tworząc swoistą symbiozę czy jak to się w biologii nazywa. Nigdy się nie kłócimy, żona ugodowa, ja raczej też, czasami mam napady co prawda ale, nigdy nie są skierowane one przeciwko niej - raczej w stronę świata, życia i cholera wie czego jeszcze.
Ona potrafi to okiełznać, uspokoić, wyciszyć. 
Mam teraz, doły, nastroje i fochy - któż by nie miał siedząc tyle czasu na bezrobociu, dzień w dzień w tym samym mieszkaniu, z tym samym kotem, który jest jedynym stworzeniem, do którego można gębę otworzyć przez większą część dnia. W Polsce będąc w takiej sytuacji pewnie znalazłbym sobie zaraz jakichś bezrobotnych kumpli i przynajmniej samotność by nie doskwierała, zamiast tego pewnie stoczyłbym się jeszcze bardziej pijąc wódkę w krzakach ze wspólnej szklanki a żonka użerałaby się ze mną co byłoby dla niej nieprzyjemną sprawą. 
Zauważyłem, że świetnie zasypia mi się przy TVP Info, dziś walnąłem sobie niezłą drzemkę przy relacji z wizyty Merkel u Tuska, coś tam piąte przez dziesiąte wpadało mi do ucha kiedy, oddawałem się półsennym marzeniom.
Kazik kończy dziś 51 lat - życzę mu dużo zdrowia. Pierwszy raz Kult usłyszałem na jakiejś kasecie z pierwszych Jarocinów. W 2007 roku miałem prawdziwy odpał na niego, prawie cały rok słuchałem Kazika i Kultu, dopóki moja mamuśka nie zmarła jesienią i ta muzyka zaczęła mi się ( w gruncie rzeczy zupełnie bez powodu ) kojarzyć i przypominać o tym całym nieszczęściu, zostało tak już do dziś.
Traumatyczne wydarzenie z życia chamsko powiązało się z ulubioną muzyką i Kazik stracił słuchacza.


Bydlog uczy się obiektywizmu

Słońce z pomocą okolicznych zabudowań podzieliło betonowy garden na dwie połowy. Zapalił skręconego starannie papierosa i spojrzał na siedzącego w progu kota. Zwierzak musiał się czegoś wcześniej przestraszyć i wcale nie kwapił się do zwyczajowego spaceru na świeżym powietrzu. 
Zaciągnął się dymem i postąpił kilka kroków naprzód zostawiając słońce za plecami. 
Palił i obserwował swój cień. 

Ot i cała historia. Nudna historia.




wtorek, 11 marca 2014

Dziwny przypadek Piotra Dukala (4)

Odłożyłem słuchawkę i poszedłem do łazienki. W lustrze nad umywalką zobaczyłem swoje odbicie. Jeszcze długo wpatrywałem się w zaskoczoną gębę rozczochranego, zaspanego osiemnastolatka. W końcu otrząsnąłem się z osłupienia i zacząłem kombinować. Opłukałem twarz zimną wodą, poprawiłem włosy, zrobiłem parę głupich min i z całej siły uszczypnąłem się w policzek. Zamknąłem oczy na chwilę, uszczypnąłem się znowu i nic. Byłem zdezorientowany, próbowałem szukać w głowie jakiegoś wyjaśnienia, lecz to wszystko nie trzymało się kupy. Nigdy nie wierzyłem w cuda, nie grałem w lotka i szczerze mówiąc nigdy nie marzyłem, jak niektórzy, żeby znów stać się młodym i pięknym. Nigdy także nie planowałem wielkich zmian w moim dotychczasowym życiu, z wyjątkiem tego wczorajszego postanowienia o trzeźwości. Rozsądek nakazał mi poszukiwanie dalszych dalszych dowodów na to, że to co się dzieje, dzieje się naprawdę. Rozpocząłem przegląd mieszkania. Niech mnie cholera weźmie jeśli nie była to prawdziwa podróż sentymentalna. W ciasnej kuchni wyjrzałem przez okno, a to co zobaczyłem na zewnątrz tylko potwierdziło, że wróciłem na stare śmieci. Czas za oknem również cofnął się o 22 lata. Byłem w Legnicy roku 1987. Niewielki pawilon handlowy, w którym mieścił się kiosk „Ruchu”, fryzjer, apteka, magiel, sklep spożywczy i świetlica osiedlowa, o ile dobrze pamiętałem został wyburzony w roku 2006. Na jego miejscu powstał Kaufland. Teraz jednak budynek stał sobie w najlepsze. Przed nim na ulicy dwa zaparkowane maluchy, trabant i polonez. Przeniosłem się w czasie, przestrzeni a na deser zostałem cudownie odmłodzony. Jeśli była to sprawka Boga, w którego nie wierzyłem – to niezły z niego dowcipniś. Odwróciłem głowę od okna i spojrzałem na lodówkę. Lodówka jak lodówka, lecz czarny napis cyrylicą Mińsk firmował niezbyt dziś popularnego producenta sprzętów AGD. Z ciekawości zajrzałem do środka. Serek topiony, kawałek pasztetowej, pęto jakiejś podłej kiełbasy, kostka masła i butelka z mlekiem. Niewielki wybór, ale i tak nie czułem głodu. Z tego wszystkiego żołądek zawiązał mi się na supeł. 
- Muzealna żywność, przeterminowana – powiedziałem do siebie, zatrzaskując solidne drzwiczki. Postanowiłem chwilowo pogodzić się z rzeczywistością, w której tak gwałtownie i bez mojego przyzwolenia się znalazłem. Pomaszerowałem zdecydowanym krokiem do pokoju rodziców, otworzyłem barek w kredensie i uśmiechnąłem się do siebie. Staruszkowie mnie nie zawiedli. W barku była napoczęta butelka bułgarskiego koniaku „Słoneczny Brzeg”, pół litra wódki i jakiś ruski szampan. Zdecydowałem się na koniak. W związku z zaistniałą sytuacją moje urodzinowe postanowienie przestało obowiązywać. Wróciłem do mojego pokoju i zacząłem myszkować po półkach. Między kilkoma podręcznikami szkolnymi znalazłem jakiś stary brudnopis, w którym zamierzałem zanotować najważniejsze spostrzeżenia, myśli i ewentualny plan działania. Chciałem podejść do tego naukowo. Odruchowo wyciągnąłem pierwszą z brzegu czarną płytę – ku mojemu rozbawieniu był to album Budki Suflera pod tytułem „Za ostatni grosz”. Cóż za ironiczny zbieg okoliczności – pomyślałem. Włączyłem gramofon, a kiedy igła dotknęła krążka rozsiadłem się wygodnie w foteliku otwierając brudnopis na pierwszej, lepszej stronie. Spodziewałem się, że zeszyt wypełniony będzie notatkami z lekcji, ale nie – na otwartej stronie widniał prymitywny rysunek nagiej, cycatej kobiety przybitej do krzyża. Podpis pod rysunkiem głosił, że Arek to chuj a pod spodem widniał jeszcze tej oto treści wierszyk:
 „Zjadłem dwie kromki z paprykarzem i zrobię co mi każesz 
Zjadłem dwie kromki z ogórkiem kiszonym
I jestem w sumie zadowolony 
Zjadłem dwie kromki ze smalcem 
I wiem, że chleb był z zakalcem 
Zjadłem dwie kromki z pasztetem 
I zrobię Ci zaraz minetę” 
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie poznawałem sam siebie. 
- Niezły artysta, nic dziwnego, że oblałeś maturę – powiedziałem nalewając sobie do szklanki koniaku. 
Nie będę ukrywał, że zaciekawił mnie ten brudnopis. Przewróciłem kartkę. Na następnej stronie wklejone było zdjęcie, jakiś wycinek z gazety przedstawiający pisuar Duchampa i napisane odręcznie moim paskudnym charakterem pisma polityczne wnioski: Jaruzelski to Hitler, czerwoni na szubienice, Wałęsa cipa, rewolucja wojna śmierć, IAN CURTIS JEST BOGIEM.





Bydlog z pewnością nie jest rycerzem Jedi


Myślę o tym, żeby wyjść już stąd
Powietrze tu nieświeże i niezdrowy swąd
Podróż się przeciąga, lecz Ty panuj nad sobą
Sprawdź czy działa miecz, wracamy inną drogą

Wojny gwiezdne, wszystko możesz mieć 


Kryzys




Jest jakby wiosna, ale wcale nie mam z tego ubawu. Nie czuję tego. Cały świat budzi się do życia oprócz mnie. Wind of changes nie wieje. Swoją drogą beznadziejny, ckliwy kawałek - koszmarny kiczowaty potworek. Ściany mojego pokoju przesuwają się coraz bliżej, niedługo zgniotą mnie na miazgę. Zupełnie jak w pierwszej części Gwiezdnych Wojen. Trafiłem do kosmicznego zsypu na śmieci, z którego nie ma ucieczki. A, że to nie Hollywood - happy endu nie będzie. Żaden R2-D2 mnie nie uratuje.
BBC informuje, że bezrobocie spada a gospodarka się rozwija. Telewizja kłamie ?



poniedziałek, 10 marca 2014

Dziwny przypadek Piotra Dukala (3)

Kiedy poprosiłem go o tydzień urlopu w związku z nadchodzącymi urodzinami powiedział:
-Nie ma sprawy. Ale Piotrek, postaraj się nie zachlać na śmierć.
Gdybym wtedy wiedział, że widzę go ostatni raz w życiu, może coś bym powiedział, jakoś podziękował, chociaż rękę uścisnął. Lecz kto mógł przewidzieć jak to wszystko się potoczy.
Tamten tydzień pamiętam dość mgliście. Włóczyłem się po knajpach, rzygałem po bramach, szarpałem się z menelami w zaułku. Nocowała u mnie jakaś Krycha szczodrze obdarowując mnie swoimi nie pierwszej już młodości wdziękami. Opowiadała o swoim nieszczęśliwym życiu a ja pocieszałem ją alkoholem i seksem. Noc przed urodzinami spędziłem na izbie wytrzeźwień. Policja zgarnęła mnie wprost z ulicy, na której spałem we własnych wymiocinach. Kiedy z samego rana wypuścili mnie na wolność szedłem do domu z mocnym postanowieniem poprawy. Zapowiadał się piękny słoneczny dzień. Obiecałem sobie, że od jutra koniec z chlaniem. Że dziś będzie moje urodzinowe pożegnanie z pijackim żywotem.
Mieszkałem w przedwojennej ruderze nieopodal centrum. W bramie zawsze śmierdziało szczochami i alkoholem. Lokatorzy nigdy nie mogli się dogadać żeby coś z tym zrobić. Pieprzona wspólnota mieszkaniowa. Zawsze komuś brakowało pieniędzy. Miałem dwa pokoje z kuchnią na pierwszym piętrze i to mi w zupełności wystarczało. Całkiem spore mieszkanie jak na starego kawalera. Przed domem wstąpiłem do spożywczego kupując cztery piwa i paczkę Westów. Pożartowałem jeszcze chwilę ze sprzedawczynią, że pierwszy maja, a ona musi pracować, takie tam banały. W mieszkaniu czekał na mnie kompletny bałagan i okropny zaduch. Kryśka i ja nie próżnowaliśmy przez kilka poprzednich nocy, opróżniając regularnie szkło i zapełniając popielniczki. Zwiędłe kwiaty w wazonach i rozbebeszone łóżko przypominały o miłosnych ekscesach. Nie wiedziałem od czego zacząć więc otworzyłem piwo, zapaliłem papierosa i zacząłem nalewać wody do wanny. Wziąłem się za porządki. Zanim woda w wannie przestygła opróżniłem popielniczki, pozbierałem butelki, zwiędłe kwiaty upchałem do czarnego worka na śmieci a wodę z wazonów wylałem. Poodkurzałem dokładnie całe mieszkanie, szczególnie pokryty warstwą popiołu dywan. Spociłem się przy tym i zasapałem jak osiemdziesięcioletni starzec. Po kąpieli i dwóch piwach poczułem się o wiele lepiej. Na tyle dobrze żeby zacząć wierzyć w moje postanowienie.
Dzień upłynął dość szybko, a wieczorem wybrałem się do „Kolorowej”. Była to popularna speluna, w której mieli całkiem niezłą garmażerkę, solidny wybór trunków i szafę grającą. Tamtego dnia w knajpie panował spory tłok, klasa robotnicza świętowała pierwszego maja. Przysiadłem się do stolika obstawionego przez moich znajomych. Nie byli to żadni przyjaciele, po prostu kumple od kieliszka. Pamiętam ich uśmiechnięte gęby kiedy oznajmiłem, że dziś są moje urodziny więc stawiam. Piliśmy kolejkę za kolejką, kilkakrotnie odśpiewali mi sto lat, czterdzieści lat minęło i niech mu gwiazdka pomyślności - z każdym kolejnym razem coraz bardziej fałszując i coraz bardziej podnosząc głos aż w pewnym momencie barman powiedział, żeby się w końcu zamknęli bo nie sprzeda nam więcej alkoholu. Śpiewać przestali, zamiast tego zaczęli pieprzyć o polityce, a to było chyba jeszcze gorsze. Poczułem, że mam już tego kompletnie dość więc zacząłem się z nimi żegnać co potrwało parę dalszych kolejek. Nie chcieli wypuścić z rąk hojnego solenizanta. Do domu wróciłem parę minut przed północą pijany jak świnia. Żeby się doprawić pociągnąłem z gwinta parę głębszych łyków Wyborowej. Wtedy urwał mi się film.
Kiedy się ocknąłem był już dzień. Łeb mi pękał, ból był tak silny, że nie chciało mi się otwierać oczu. Serce łomotało mi w piersiach jakby miało za chwilę wyskoczyć. Gdy się w końcu zmobilizowałem i podniosłem powieki okazało się, że nie jestem u siebie. Leżałem w niewielkim pokoju na rozkładanym tapczanie. Ściany pokryte były kremową tapetą w bordowe kółeczka. Kółeczka miały różne rozmiary a kiedy na nie patrzyłem pływały mi przed oczami. Po mojej prawej ręce stała meblościanka pamiętająca chyba lata siedemdziesiąte. Na jednej z półek, w świetle wpadającego przez okno słońca, błyszczał czerwony gramofon z dwoma małymi głośnikami po bokach. Całą półkę nad nim zajmowała spora kolekcja płyt winylowych. Reszta półek załadowana była książkami. Naprzeciw pod ścianą stał mały stolik i dwa niskie fotele. Na stoliku przykrytym zielonym obrusem znajdował się odrapany radiomagnetofon Grundig i sterta kaset. Z wyjątkiem bogatej kolekcji pustych butelek po różnorakich jabolach stojących w kącie pod oknem i popielniczki pełnej petów straszącej koło Grundiga w pomieszczeniu panował porządek. Obok popielniczki leżała napoczęta paczka popularnych i zapałki. To było dziwne. Popularne przestali produkować lata temu. Jeszcze dziwniejsze było to, że doskonale znałem ten pokój. To był wypisz, wymaluj mój pokój z lat młodzieńczych. Meble, tapczan, magnetofon, gramofon, książki, płyty a nawet tak cholerna tapeta w bordowe kółeczka. Pomyślałem wtedy, że albo wciąż śnię, a sen mój jest niezwykle realny, albo wóda wyżarła mi kompletnie mózg i najzwyczajniej w świecie zwariowałem. Była też trzecia możliwość – ktoś wykręca mi numer i filmuje ukrytą kamerą. Wstałem z trudem czując, że wciąż kręci mi się w głowie. Wyjąłem papierosa z wymiętolonej paczki i zapaliłem. Wzdrygnąłem się kiedy gdzieś za ścianą rozległ się dzwonek telefonu. Wyszedłem z pokoju przeczuwając co za chwilę zobaczę – a jednak wciąż nie do końca wierząc moim otępiałym zmysłom. Moje podejrzenia się potwierdziły. Byłem w moim dawnym mieszkaniu, w którym lata temu mieszkałem razem z rodzicami. Wszystko w nienaruszonym stanie z lat osiemdziesiątych. Te same meble w pokoju rodziców, ten sam ruski telewizor i drewniany parkiet przykryty bordowym dywanikiem. W małym przedpokoju na ścianie wisiał telefon, a nad nim kalendarz. Kalendarz na rok 1987. Przestałem się dziwić, a zacząłem jeszcze intensywniej zastanawiać. Telefon wciąż upierdliwie dzwonił. Podniosłem słuchawkę.
- I jak ? Miałeś przyjść – usłyszałem głos dziewczyny w słuchawce. Głos wydawał się znajomy. Jakoś głupio mi było zapytać się kto dzwoni.
- Dopiero wstałem.
- Popiłeś wczoraj. Ale co tam. W końcu osiemnastka jest raz w życiu. Pamiętasz chociaż jak wychodziłam ?
- Tak – odpowiedziałem, nie mając bladego pojęcia o co chodzi i kim jest ta dziewczyna. 
- To ogarnij się i przychodź.
- Dobra, postaram się.

Odłożyłem słuchawkę i poszedłem do łazienki. W lustrze nad umywalką zobaczyłem swoje odbicie. Jeszcze długo wpatrywałem się w zaskoczoną gębę rozczochranego, zaspanego osiemnastolatka.